Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2022-01-15
.
Polscy naukowcy wrócili na nieużywaną od 1979 roku Polską Stację Antarktyczną imienia Antoniego Dobrowolskiego w Oazie Bungera.

29 grudnia wylądowali na Antarktydzie i spędzą tam półtora miesiąca.
W tym czasie zagospodarują wnętrza dwóch drewnianych budynków oraz zainstalują i przetestują aparaturę badawczą, która będzie automatycznie dokonywać pomiarów sejsmicznych i magnetycznych.

Mają marsjańskie krajobrazy i dużo pracy :).

Zapraszamy do zapoznania się z relacjami ze stacji na stronie:

https://www.facebook.com/PASDobrowolski

oraz na blogu:

https://dobrowolski.igf.edu.pl/?p=2650&fbclid=IwAR2fBcwS2D3wmIS-D9st--QrEBs7B9BGjAWs1pc5RygNKWvy1yzzPG81Xgo

Polarnikom życzymy powodzenia!

.
2022-01-10
.
Kochani,

bardzo się cieszymy, bo powstała właśnie książka o naszym Przyjacielu
Wojciechu Jacobsonie, wybitnym żeglarzu i wspaniałym człowieku. ⛵️

Wojtek jest jednym z pierwszych Polaków, który zdobył Przejście Północno-Zachodnie, chociaż to tylko jedna z jego licznych wypraw i dokonań.
Recenzenci mówią: „ujęcie encyklopedyczne, a czyta się jak powieść przygodową”. Jednak wszystkie historie wydarzyły się naprawdę, a główny bohater to człowiek z krwi i kości!

Najwyższy czas, żeby ta książka została wydana i my wszyscy możemy w tym pomóc.

Trzeba ją po prostu wcześniej zamówić i chwilę odczekać na jej wydrukowanie i dostarczenie.

Koszt (wraz z kosztem przesyłki) to zaledwie 50 zł, a jest to bardzo obszerna monografia - 400 stron, napisana przez Kazimierza Robaka, świetnego pisarza i żeglarza.

Może być świetnym prezentem, dlatego nie musimy się ograniczać do zakupu jednej sztuki

Bardzo Wam wszystkim polecamy i prosimy o wsparcie. Pomożecie w jej wydaniu jeśli kupicie ją już teraz!

https://zrzutka.pl/bvsazf

Selma
2021-12-28
Ushuaia
Gnaliśmy i gnaliśmy żeby zdążyć na wigilie w Ushuaia, aż okazało się, że dopłyniemy tam późną nocą. Pognalibyśmy i tak, ale w tym zmienionym przez covid świecie musielibyśmy stać na kotwicy do poniedziałku czekając na odprawę.

Rzuciliśmy więc w kąt ten pośpiech, a kotwicę na dno uroczej zatoczki Camrbaceres Interior. Potem była wigilia, lenistwo, rozmowy, film o Hornie i przesunęliśmy się do Ushuaia.

Wojtek z Ewą zrobili nam miejsce przy pomoście i stanęli Spirit of Sydney longsite.

A dziś, po odprawach jesteśmy już zupełnie legalnie w Argentynie


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej

.
2021-12-24
.




.
2021-12-21
Port Stanley - Ushuaia
To był długi powrót z Georgii Południowej. W dużej części pod wiatr.
Potem wypakowanie około tony sprzętu i nasi filmowcy zaprosili nas na całkiem wystawną kolacje :).
Było miło i sympatycznie. Chyba polubiliśmy się przez ten czas na Georgii.

Za długo jednak nie leniuchowaliśmy w Port Stanley, bo trzeba jakoś zdążyć na Wigilię w Ushuaia, a prognozy nie są korzystne.
Cumy oddane. Już płyniemy.
Trzymajcie kciuki! Może się uda.


Kolacja w Port Stanley


fot. Filip Kołodziej - także za sterem


fot. Filip Kołodziej, W drogę!

.
2021-12-12
South Georgia,Right Whale Bay
To już ostatni dzień naszej filmowej przygody na Georgii Południowej.
Wykorzystaliśmy go na maksa. Dziś kręciliśmy na wodzie, pod wodą z wykorzystaniem specjalnego osprzętu i naszego dzielnego pontonu oraz złapaliśmy przepiękny profil Selmy w zatoce Right Whale z powietrza.

Właśnie pakujemy cały sprzęt, żeby już wieczorem podnieść kotwicę i skierować się do Port Stanley na Falklandach.

Przed nami "rześki" wiatr prosto z naszej destynacji i 750 mil morskich w prostej linii do pokonania.
Szoty sztaksli rozgrzejemy podczas tego przelotu do czerwoności na okoliczność licznych zwrotów przez sztag. ;) Naszą pozycję możecie śledzić tutaj:
https://my.yb.tl/selmaexpeditions//map-only/


Okiem drona


Podwodne szaleństwo, fot. Filip Kołodziej


Zatoka Right Whale

.
2021-12-11
South Georgia,Right Whale Bay
Dziś, jak w dobrym jazzowym bandzie czas na przedstawienie głównych instrumentalistów. Zaczynamy zatem bez zwłoki. Pani przodem:




Heather - the most heroic boss in the whole of the Southern Ocean, no penguin chick can stand up to her. She is our senior wine taster on board.


Dave - his food of choice is chocolate, like his coffee, dark, at least 70 percent, with a splash of milk. Dave's locker is Selma's legendary cellar, you can find the best of whatever you will imagine in there.


Robin - he is appointed by the skipper to be our ambassador among all living creatures of South Georgia, and for his duty he was awarded a cold and windy night of work under Venus and another unknown star, dodging the Fur Seals.


Sam - his extraordinary desserts makes all of us extremely happy (and keep the boss quiet) during this harsh and unpleasant work environment of South Georgia. He is bringing the Christmas cheer on Selma's deck.


Michał - w przeciwieństwie do Piotr żywi się głównie kawą i świętym spokojem, czasem wciągnie jakąś roślinkę lub makaron, najlepiej zimny. Specjalista do spraw, ktróre skipperowi jakimś cudem wylecą z głowy.
Handsome dinghy driver.


Dominik - budzi respekt swoją brodą, potrafi wyczarować pięciogwiazdkowe potrawy i nieustannie poszukuje ducha eksploracji.


Filip - świetnie polewa nie tylko wodę.
Niby Michał jest naszym najprzystojniejszym kierowcą pontonu, ale to na Filipa lecą wszystkie słonie morskie, uchatki i pingwiny.


I stawkę zamyka nie kto inny, jak główny dowodzący tą orkiestrą czyli: Piotr
- żywi się głównie szczęściem swoich załogantów i herbatą.
Dba, aby każdy z nas czuł się jak w domu i otacza całą załogę silnym duchem nieskończonego spokoju.

Wszystkie portrety są autorstwa Sama. Jego samego sfotografował Filip ;)

.
2021-12-10
South Georgia, Grytviken
W trakcie przeprowadzki naszego schroniska do zatoki Right Whale Bay, postanowiliśmy przeczekać silny zachodni sztorm w Grytviken, na cumach przy pomoście.

Nabraliśmy słodkiej wody z lokalnego ujęcia, dzięki czemu nawet Selma wzięła prysznic w promieniach letniego słońca.

W związku z tym, że były to 24h przerwy od filmowania, nasza ekipa filmowa nie wiedziała co ze sobą zrobić, na jachcie nastąpiła lekka konsternacja.

Sytuację skrzętnie wykorzystaliśmy na pieszą wycieczkę do zatoczki Maiviken.
Wypad z krótkim postojem w chatce traperskiej zakończony został gruntownym suszeniem jachtu i naszych kurtek, bo w trakcie wycieczki zgodnie z prognozą, pogoda zmieniła się diametralnie :), a na nas spadł silny porywisty wiatr i strugi deszczu ze śniegiem.
Po gruntownym suszeniu, leniwym śniadaniu, znowu w drogę.













.
2021-12-09
South Georgia, Gould Harbour
Zaćmienie słońca minęło, ale naszym filmowcom nie minął zapał do filmowania. W ruch poszły drony - oczywiście za stosownym zezwoleniem i zgodnie z wyszukanymi regulacjami.

Codziennie liczne kursy na brzeg i z powrotem po baterie, przekąski i kolejne obiektywy.
Aż nagle nadszedł dzień kiedy gruchnęła po naszym pływającym schronisku wieść, że dziś koniec filmowania w Gold Harbour.

Mamy zmienić zatoczkę!

A wiecie, że przeistoczenie schroniska w jacht, spakowanie pontonów, usunięcie piachu to prawie syzyfowa praca.

Nie mamy więc siły więcej pisać.
Zostało już tylko pożegnać tutejsze zwierzaki. Pożegnanie i podziękowania złożyliśmy na płetwy lokalnego przedstawiciela policji.
I w drogę!


fot. Filip Kołodziej. Podziękowanie zostało łaskawie przyjęte ;)


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej, Praca zdalna ;)


Ot, taka zatoczka,





fot. Filip Kołodziej, Georgijska menażeria i Pan uchatek.

.
2021-12-08
South Georgia, Gould Harbour
Doszły nas wieści, że pojawił się znak zapytania co to jest Wielki Gimbal?

No tak - spieszymy zatem z wyjaśnieniem:

Większością głosów ustaliliśmy, że jest to Wielkie Oko Piotra, ujarzmione przez dzielnego rycerza Bafta i Emmy Awards - Dave'a Bailiego.

Sami popatrzcie:


fot. Filip Kołodziej, Dave i Piotr i Wielki Gimbal



.
2021-12-05
South Georgia, Gould Harbour
Wczoraj ( tj.03 grudnia) od poobiedniego deseru, na naszym campingu pod lodowcem w Gold Harbour Bay na Georgii Południowej panowało poruszenie.

Ekipa filmowa z niezwykłym pietyzmem przygotowywała i czyściła swój sprzęt, a my szykowaliśmy się do jednego z najważniejszych desantów podczas naszych "wakacji na Selmie".

Dziś, pierwsze budziki, na dotychczas zbędnych telefonach komórkowych, rozbrzmiały punktualnie o 0250, a już od 0315, po porannej herbacie, sunęliśmy naszym dzielnym pojazdem desantowym wraz z Robinem i Heather w kierunku plaży, pogrążonej w kompletnej mgle.

Tymczasem Sam i Dave na naszym sundecku dziobowym budzili ze snu wielkiego gimbala, a Piotr z Michałem i Dominikiem podniósł kotwice i skierował Selmę poza zatokę.
Na lądzie przygotowania i rozstawianie sprzętu pomiędzy dziesiątkami młodych słoniątek morskich dobiegło również końca i o 0330 lokalnego czasu wszyscy byli gotowi i pozostało nam już tylko odliczanie do 96 procentowego zaćmienia słonecznego.

Dokładnie o 0456 nastąpiło planowane przysłonięcie tarczy słońca przez księżyc, zrobiło się zdecydowanie ciemniej i chłodniej - jednak dziś matka natura nie chciała grać w naszym teamie i dane nam było zobaczyć tylko część tego wspaniałego zjawiska i tym fragmentem, uchwyconym na zdjęciu przez Robina Smitha, dzielimy się razem z Wami. P.S. Wydaliśmy już twardą walkę ciemnym stronom Georgii, na razie ciut się poprawiło.


fot. Filip Kołodziej, Zaćmienie słońca


fot. Filip Kołodziej, Robin i Dave


fot. Filip Kołodziej, Dominik w bojowym nastroju ;).

.
2021-12-04
South Georgia, Gould HarbourCzarne strony Georgii Południowej.

Jeśli myślicie, że żyjemy tu beztrosko ciesząc się udziałem w filmowaniu przyrody to jesteście w błędzie.
Georgia ma także swoje czarne strony podnosząc nam poziom adrenaliny i ciśnienie krwi.

Jeśli nie zaczynamy dnia o wschodzie słońca (ok. 0300 LT) to przylatuje na pokład stado pochwodziobów. Najbardziej lubią wydziobywać sikę z uszczelnień luków i krawędzi wykładziny przeciwpoślizgowej. Poza tym zostawiają żrące guano na czym tylko mogą. Po kilku praniach musieliśmy założyć pokrowce na żagle.

Drugi potwór to czarny piach z plaży wnikający wszędzie, także pod koszulki naszych lin i tnący potem przy napięciu rdzeń liny. Niszczy ponton i farbę pokładu i chrzęści w łożyskach bloków.
Powiecie wystarczy spłukać. ...

A za burtą w wodzie pływają łachy puchu, bo pingwiny się pierzą i trzeba biegać na rufę kiedy myjesz dziób, bo tam pojawił się kawałek czystszej wody.

Georgia Południowa z filmowcami na pokładzie, to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla armatora i skippera. Śnieżyce i nieustanny wiatr w dziób od czasu rzucenia kotwicy to naprawdę bułka z masłem przy pochwodziobach i piachu.

Na razie konkurs na wypieki wygrał Sam ze swoim przepisem na apple crumble.


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej, Pochwodzioby


fot. Filip Kołodziej, Czarny piasek - nasz nieprzyjaciel


fot. Filip Kołodziej

Pozdrawiamy
D. F. M. P.

.
2021-12-02
South Georgia, Gould HarbourDni lecą nie wiadomo kiedy.

Nadal stoimy w tej samej rajskiej zatoczce Golden Harbour.
Jak jest pogoda to zaczynamy filmowanie o czwartej rano, jak pochmurnie
to o siódmej,a jak pada to jest dzień przy komputerach i przeglądaniu ujęć.

Lądowanie na przyboju nie powoduje już wzrostu adrenaliny, a nasza Selma zamieniła się w skrzyżowanie jachtu i górskiego schroniska.

Suszą się ciuchy, piecze się chleb, a kubka z herbatą nie trzeba ciągle trzymać
w ręce.

Wizyty na plaży ciągle ekscytują, a samce słoni morskich niezmiennie budzą respekt.
Młode, kilku tygodniowe słoniki są rozkoszne i czasem trudno się między nimi przecisnąć.

Dziś pochmurno, ale siódma już się zbliża i czas na śniadanie.

P.S. Wrzątek za darmo otrzyma u nas każdy potrzebujący.
Zapraszamy na Georgie!


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej

.
2021-11-28
South Georgia, Gould Harbour
Wczoraj było słonecznie i bezwietrznie.
Filmowcy rozłożyli kosmiczny sprzęt i pracowali od szóstej rano do wieczora. Był wielki gimbal i kamera ARRI z rożnymi kosmicznymi obiektywami.

Najpierw zainstalowaliśmy wszystko na dziobie i trochę popływaliśmy Selmą wzdłuż brzegu. Następnie cała elektronika została przeniesiona na nasz ponton, którym mogliśmy wjechać bliżej brzegu w różne zakamarki.

Z lodowca obrywały się od czasu do czasu lodowe lawiny, a rejwach zwierząt na brzegu był ogłuszający.

Południowa Georgia to jednak niesamowite miejsce. Na plaży słonie morskie, uchatki, pingwiny królewskie i białobrewe, pochwodzioby, skuy, petrelce, kormorany królewskie.
Tłok taki że często trudno się przepchnąć czy znaleźć miejsce do lądowania.

Zrobiło się nawet na tyle ciepło, ze desant na ląd przeprowadziliśmy w kąpielówkach!


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej

.
2021-11-26
South Georgia, Gould Harbour
Stoimy w Gould Harbour. Dziś było intensywnie. Rozkołys zmalał do 1,6 metra więc po przebraniu się w suche kombinezony przerzuciliśmy naszą grupę filmową na brzeg.

Strat nie było chociaż wodę z pontonu trzeba było wybierać.
Zdjęć z tej akcji też brakuje.

Potem filmowanie, pilnowanie żeby zapatrzonych w obiektyw artystów kamery nie dziabnęła w pupę uchatka.Następnie emocjonujący powrót, pyszny obiadek, hałas generatora, bo trzeba naładować baterie na jutro i czas na kolacje.


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej


fot. Filip Kołodziej

Pozdrawiamy Ekipa Selmy

.
2021-11-22
South Georgia, Grytviken
Jesteśmy na Georgii Południowej! Po dordze odwiedzały nas humbaki, finwale i wciąż się spieramy czy widzieliśmy wala biskajskiego południowego. Do tego stada ptaków i uchatki.

Podejście było wymagające, w nocy, w poprzek fiordów z których potencjalnie mógł być wydmuchiwany lód przez wzmagający się, północno zachodni wiatr.
Nad ranem nawiedziły nas śnieżne szkwały oraz wspaniały wschód słońca.

O 1100 zacumowaliśmy w Grytviken, gdzie po odprawach biosecurity odwiedziliśmy lokalne muzeum, grób znakomitego odkrywcy Sir Ernesta Shackeltona i była to, podczas tego rejsu, pierwsza okazja na bardzo bliskie obcowanie z naturą - uchatkami, słoniami morskimi,
a nawet koło miasta upatrzyła sobie miejsce do odpoczynku grupa pingwinów królewskich.

I znów płyniemy dalej - teraz już na kilka dni zakotwiczymy w Golden Harbour Bay, gdzie nasi filmowcy planują spędzic kilka dni na lądzie.
To jedna z najpiękniejszych zatoczek na Georgii.


Georgia Południowa


Przed nami Grytviken


Wrak statku wielorybniczego


Grób Sir. Ernesta Shackletona


w Kierunku Golden Harbour Bay

Pozdrawiamy

.
2021-11-21
52 08 39 S 43 14 44 W
W czwartek była super jazda w przeganiającym nas niżu. Grot na 3 refie , dwa kliwry i surfowanie z falą. Zarejestrowany rekord 17 węzłów z plusem. Niestety wczoraj nad ranem wiatr usiadł zostawiając nas z martwą falą, mżawką i trzepiącymi w 15 knotowym wietrze żaglami. Humory trochę nam opadły w porównaniu z ekscytującym surfowaniem.

Dziś fala siadła wiatr wrócił do 20kn i nieśmiało wyszło słońce, a w kingstonie prysznic z ciepłą wodą dla wszystkich chętnych.

Barometr humorów w górę.

Na zdjęciach reminiscencje z Port Stanley: stosy bagaży naszej ekipy filmowej i pies szukający szczurów na jachcie (to teraz obowiązkowy punkt programu dla wszystkich jednostek płynących na Georgie).


Port Stanley, Falklandy


Trochę bagaży do zasztauowania!


Przed wypłynięciem na Georgię: Selma obniuchana przez psa "szczurołapacza"


Piękna jazda


Nic dodać, nic ująć!

Pozdrowienia z Selmy

.
2021-11-18
051° 49.792S, 053° 13.330W
Po szybkiej zmianie załogi w Piriapolis pożeglowaliśmy w czwórkę na Falklandy. Dzień kwarantanny i zostaliśmy uznani za czysty statek ( wiecie covid i te rzeczy). We wtorek załadowaliśmy trzech chłopaków i dziewczynę z BBC. Razem z ich sprzętem do filmowania. Nie było łatwo :) Michał zrobił chyba doktorat z układania i wiązania ładunku. W środę rano oddaliśmy cumy i z miłym WSW wiatrem prujemy na South Georgie sprawdzić co tam dobrego widać i słychać.

Dominik, Filip Michał i Piotr


Wypływamy z Falklandów


Płyniemy

.
2021-11-07
Piriapolis, Urugwaj
Nasz ostatni tydzień na oceanie, podobnie jak poprzednie, przyniósł nowe wyzwania. Już od pierwszych dni nad bezkresem oceanu powiało jesienią (chociaż po tej stronie globu to bardziej wiosną). Nastały tak mocno wyczekiwane przez nas chłodne dni, a wraz z nimi plucha. Sztormiaczki poszły w ruch, mimo że pierwszego dnia było jeszcze na tyle ciepło, ze sztorm-sukienka w postaci samej kurtki wystarczała w zupełności. Niemniej, temperatura spadła dostatecznie mocno, że trzeba się w nocy czymś przykrywać, a wychodząc na dzienną wachtę ubierać nie dla ochrony przed słońcem, a przed utratą ciepła. To naprawdę dziwne. Stopniowo się przyzwyczajamy. Wraz ze spadkiem temperatur (do 25 stopni pod pokładem) trzeba tez zwiększyć ilość przyjmowanych kalorii. Postanowiliśmy więc ilość obiadów podwoić, tak jak to było ze śniadaniami.

Po dwóch dniach jesieni znów zaświeciło dla nas słońce. W przyjemnością wylegliśmy na pokład, żeby się troszkę wygrzać niczym jaszczurki na wiosnę. Ale nie tylko my lubimy słoneczne poranki. Coraz częściej odwiedzają nas delfiny. Skaczą radośnie raz z lewej a raz z prawej burty, by po chwilowych harcach prowadzić jacht niczym zawodowy holownik. A pewnej ciemnej chmurnej nocy, wśród fluorescencyjnego planktonu pojawiły się ławice sardynek (najprawdopodobniej). Jaśniejące wyspy wśród czarnej przestrzeni wyglądały wręcz olśniewająco. Ale najbardziej nas zachwyciły buszujące wśród nich delfiny (określone przez kapitana delfino torpedami). Szybkie i błyszczące niczym błyskawica za sobą świetlne smugi jak pociągnięcie magicznym mieczem. Tego widoku długo nie zapomnimy.

Ten tydzień minął nam pod znakiem domowych (tzn. jachtowych) wypieków. Oprócz pełnoziarnistego chlebka i drożdżówki z brzoskwiniami i kruszonką, na śniadaniowym stole zagościły słodkie cynamonki, a na kolację bułeczki pszenno kukurydziane. W kwestii jedzenia nic się nie zmieniło. Dogadzaliśmy sobie, najlepiej jak się tylko dało.

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. W deszczowy poranek, 4 listopada zza gęstej mgły zaczęła wyłaniać się dawno niewidziana ziemia. W pierwszym momencie, cytując piosenkę śpiewaną przez Kaczmarskiego: „ląd nam się wydał niegościnny, dziki”, nasze miny nie wyrażały zbytniego entuzjazmu. Jednak najbardziej zachwycający w tej chwili był dla nas zapach drzew. Zupełnie zapomnieliśmy jak pachnie stały ląd. Widać było rozdarcie między smutkiem z powodu kończącej się przygody, a tęsknotą za świeżymi warzywami i możliwością spaceru dalej niż od rufy do dziobu lub odwrotnie. Po manewrach portowych, około godziny 0920 czasu urugwajskiego, pierwsze cumy połączyły nas ze stałym lądem. Tam czekał już na nas komitet powitalny (z pysznymi prezentami) który niestety z powodu ograniczeń covidowych musiał ograniczyć się do pomachania nam na odległość. Już po chwili dopadły nas zapomniane lądowe (urzędowe) ograniczenia. Razem z Selmą zostaliśmy na kwarantannie aż do uzyskania wyników testów, które zrobiły nam panie następnego dnia. Wokół dziobu Selmy została rozciągnięta taśma, a przez całą noc byliśmy pilnowani przed policjantów. Można było poczuć się jak piraci, złapani zaraz po przypłynięciu uwięzieni (przez chwile). Na pocieszenie (oprócz słoneczka, które złagodziło trochę te ziemskie widoki) wyruszyły nam lwy morskie. Cudownie było obserwować te przeurocze olbrzymy, które wyglądały niczym młode niedźwiadki.

Następnego dnia po niewielkich urzędowych perypetiach można było postawić stopę na suchym lądzie i zrobić powitalnego przytulasa z czekającą ekipą. Dziwnie się chodzi po lądzie. Jakoś tak wszędzie daleko, krzywe te nasze kroki, a nogi jakby miękkie. Po pokładowych pracach udaliśmy się do restauracji Drakar na wspólny posiłek i piwko.

Dziś oddajemy nowej ekipie cumy i żegnamy się z kapitanem i Selmą. Nasza atlantycka przygoda dobiegła końca. Był to wspaniały rejs, podczas którego siedem osób poznało się na burcie, by spędzić ze sobą ponad miesiąc. Teraz znamy już swoje zwyczaje, wiemy kto nigdy nie odmawia słodyczy, komu trzeba nalać kawy przed jakimkolwiek zadaniem, a które warknięcia są tylko ostrzegawcze. Przeżyliśmy wspólnie wiele cudownych chwil, dbaliśmy o siebie nawzajem, byliśmy przez ten czas jedną jachtową rodziną. Żeglarstwo łączy ludzi.





.
2021-10-28
Ocean Atlantycki
Czwarty tydzień rozpoczął się dla nas bardzo smutno. Tuż przed północą miało miejsce dramatyczne wydarzenie. Nasz najbardziej dopieszczony żagiel, Genua, pracując pięknie w pełnym kursie była zupełnie nieprzygotowana na skradający się podstępnie szkwał. Nieoczekiwany podmuch wiatru ku zaskoczeniu wachty na pokładzie jak i samej Genui, rozdarł jej płótno niemalże na pół. Widok tego wielkiego żagla powiewającego smętnie na wietrze w podobny sposób rozdarł nasze serca.
Genua została złożona do jednego kawałka (bardziej pasuje określenie: związana do jednej kiełbaski) i spoczęła w forpiku. Zapamiętamy jej wielkie zasługi nie tylko w kwestii osiąganych prędkości, ale tez rozkosznego cienia, w którym mogliśmy odpoczywać od upałów. A skoro babcia Genua odeszła na zasłużoną emeryturę, to na przód forpiku wysunął się frywolnie Genaker. Czeka w pełnej gotowości, aż przyjdzie odpowiednia pora i znów będzie mógł się wykazać.

Po pasjonującej żegludze ostrym bajdewindem wracamy do baksztagów. Musimy na pewien czas pożegnać ten wiatr we włosach, szeroki uśmiech, duże przechyły i jeszcze większe fale przedzierające się przez burty, żeby zaskoczyć sternika zanim ten zdąży zapiąć sztormiak. Znów ta stateczna (jeśli w ogóle można użyć takiego słowa) i jednocześnie szybka żegluga. Ale równocześnie fala się wydłuża, więc nawet udaje nam się zjeżdżać na niej niczym wytrawnym surferom.

A przez pewien czas nasza żegluga przypominała bardziej odkrywanie nowych lądów w dawnych czasach, niż nowoczesne żeglowanie. Kompas został szkoleniowo zasłonięty, a my wpatrywaliśmy się w zachowanie żagli i to wyznaczało nam kurs.

W samym środku tygodnia, na zmianie porannych wacht, w promieniach wschodzącego słońca pod masztem rozwinął swe spragnione wiatru skrzydła nasz dwustu trzydziesto metrowy bohater Genaker. Niestety, pracując na lewym halsie nie dał nam cienia, ale dołożył solidnie prędkości, więc byliśmy w stanie mu wybaczyć te niedogodności. Nie trwało to jednak długo, kiedy frywolny łobuz znów samowolnie wybrał kurs na tylko sobie znany kierunek i zapewnił nam dzienną porcję wysiłku pod postacią łowienia go z wody. W dodatku niemal w samo południe. Po ujarzmieniu jego szalonych zapędów postanowiliśmy dać mu jednak następną szansę i w kolejnych dniach sprawował się bardzo grzecznie. Sterowanie jachtem z tak dużą powierzchnią żagli z początku było lekko stresujące i wymagało od sternika dużego skupienia, jednak już każdy z nas zdążył poczuć niesamowitą frajdę z szybkiej jazdy na tym olbrzymie.

Upały nadal nam doskwierają, chowamy się przed nimi w każdej możliwej dziurze, w której jest choć trochę powietrza. Każde pytanie o zacieniony kawałek miejsca jest już zbywane znaczącym wywróceniem oczami.

W tym tygodniu utrwaliła się całkiem nowa rutyna, spowodowana prawdopodobnie zbliżającym się bardzo powoli lecz nieubłaganie zejściem na stały ląd. Po porannej kawce i śniadanku, siadamy razem w mesie i uczymy się hiszpańskich konwersacji. Po wyczerpującej lekcji, rozchodzimy się odpowiednio na wachtę lub drzemkę. A i oczywiście wcześniej jest jeszcze niemała przekąska. Wysiłek intelektualny przecież wymaga dobrego paliwa.

Dwudziestego siódmego dnia rejsu, wczesnym rankiem postawiliśmy genakera, a po wachcie i śniadanku udałam się na odpoczynek. Moja drzemka nie trwała jednak długo, gdy w okolicach mojej koi dziobowej poczułam niezbyt silny, ale bardzo nietypowy ruch, a zaraz potem doleciał do mnie głos sternika i tupot stóp po pokładzie. Wybiegłam czym prędzej, zaciekawiona przyczyną tego zamieszania. Okazało się, że naszą obecnością na oceanie zainteresował się jeden z jego mieszkańców. Według naszych obserwacji, najprawdopodobniej był to kaszalot. Wzbudził wielkie emocje, nie tylko w sterniku, ale całej załodze, która w mgnieniu oka znalazła się na burcie. Patrzyliśmy na niego jak urzeczeni, do chwili aż zaspokoił swoją ciekawość i odpłynął. Niestety nikomu nie udało się uwiecznić olbrzyma. Woleliśmy nacieszyć oczy, by móc zapisać ten widok we wspomnieniach.

O ile do czasu, kiedy byliśmy na półkuli północnej, podstawowym pytaniem było , ile jeszcze mil zostało do równika, tak teraz z podobną częstotliwością padało pytanie: gdzie jest krzyż? Zarówno wieczorna jak i świtowa wachta z uporem maniaka wpatrywały się w niebo, a krzyż południa długo chował się pod linią horyzontu lub za chmurami. Nie mogliśmy się doczekać, aż się w końcu się ukaże by swoim osławionym blaskiem wskazywać nam drogę. Dopiero na zamianie wachty nocnej i światowej udało się go dostrzec wśród milionów innych gwiazd. Teraz już czujemy, że naprawdę jesteśmy na tej drugiej półkuli.

Ostatni dzień czwartego tygodnia rozpoczęliśmy bardzo wcześnie. Już przed szóstą rano pod masztem załopotał zniecierpliwiony Genaker. Staramy się wykorzystywać każdy podmuch wiatru, dosłownie od świtu do nocy. A kto wcześnie wstaje, ten zjada dwa śniadania. Owsianka w promieniach wschodzącego słońca została szybko zapomniana, a po kilku godzinach z kambuza zaczęły wydobywać się smakowite zapachy. W piekarniku pięknie rumienił się chlebek pełnoziarnisty ze słonecznikiem, a w garnku bulgotała zupa cebulowa. Doprawiona serem i w duecie z jeszcze ciepłym chlebem idealnie się wpisały w porę drugiego śniadania, w sam raz przed drzemką. A jak nie trudno się domyślić, smakołyków tego dnia było jak zwykle jeszcze więcej.

Tak nam minął czwarty tydzień rejsu, do lądu nadal setki mil i powoli szykujemy się do obchodów naszej pierwszej (i niestety jedynej) miesięcznicy na oceanie. Może to będzie dzień rozgrywek szachowych albo jachtowy dzień przytulania?

Satelitarną falą płyną atlantyckie pozdrowienia z pokładu Selmy

.
2021-10-26
Ocean Atlantycki
Zbliżamy się do trzech tysięcy mil morskich pozostawionych za rufą.
Dziś mija nam trzeci tydzień na oceanie. Niby wciąż tylko żegluga, a każdy tydzień jest tak bardzo odmienny. Ten zaczął się od nadprogramowych kąpieli. Wachta leciała nam spokojnie, aż do chwili, gdy znalazła się nad nami całkiem solidna chmurka. Kierowani zwyczajnym lądowym odruchem, zaczęliśmy się chować przed deszczem, do momentu aż przyszło opamiętanie. Czy nie tego właśnie orzeźwiającego deszczu oczekiwaliśmy od każdego mijanego obłoczka? Wróciłam od razu za ster i z wyraźną ulgą czułam chłodne krople na rozgrzanym ciele. Nie minęła chwila, jak ze sterówki wybiegała po kolei reszta załogi, rozbierając się w pośpiechu. Porządny deszcz sprawił nam chwile przyjemnego orzeźwienia, a możliwość poskakania po kałużach będąc na środku oceanu w każdym z nas obudziło radosne dziecko.

A kolejny dzień tak samo pozytywnie nas zaskoczył.
Osiemnastego dnia rejsu, czyli w niedzielę 17 października (naprawdę niełatwo liczyć upływający czas, chociaż może to dobrze, bo zgodnie z przysłowiem szczęśliwi czasu nie liczą) nastąpiło długo oczekiwane wydarzenie. Do tej pory codzienne wyjście na poranną wachtę wiązało się ze sprawdzeniem, jak daleko jeszcze mamy do równika. A tego właśnie dnia o godzinie 0210 czasu statkowego (czyli o 0510 czasu Polskiego) na 035 stopniu i 11,405 minut długości geograficznej zachodniej, płynąc ostrym bajdewindem ze średnią prędkością 7 węzłów przekroczyliśmy

RÓWNIK!

Łukasz stał za sterem, a my kłębiliśmy się wokół niego wpatrując się z niecierpliwością w mały ekranik wskazujący aktualną pozycje. Atmosfera była porównywalna z sylwestrem. Radosne odliczanie, sygnał dźwiękowy i piski dziewczyn poniosły się nad atlantycką przestrzenią, gdy tuż za rzędem zer, zamiast litery N pojawiła się litera S.

Mamy to! Jesteśmy na półkuli południowej!

Wznieśliśmy toast, a kapitan nakreślił symboliczny równik na przygotowanym specjalnie na to wydarzenie torcie. Zjedliśmy po kawałku naleśnikowego tortu o smaku mango i czekolady, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć przy przybierającym do pełni księżycu i oprócz wachty nawigacyjnej udaliśmy się do koi, żeby wyspać się przed swoją wachtą.
Przekroczenie równika to dla żeglarzy nie lada gratka, toteż emocje wzięły górę i sen nie przyszedł od razu. Trzeba było przecież natychmiast sprawdzić, w którą stronę kręci się woda w kingstonie (naszej jachtowej toalecie) na półkuli południowej. I kręci się w lewo.

Kolejne dni przynosiły nowe atrakcje. (Nowe łatki na żaglu, którego nazwy wymawianie niedługo będzie zakazane nie jest już dla nas atrakcją, jak to było dwa tygodnie temu). Ale za to dziś pierwszy raz od trzech tygodni widzieliśmy ląd! Z daleka co prawda, ale jednak. Postanowiliśmy, że dzisiejszy dzień będzie Dniem Ziemii i będziemy go świętować, toteż wspólna kolacja na pokładzie była jakby bardziej uroczysta niż zwykle. A jedliśmy przygotowane przez Basię ziemniaczane curry z nieznanym nam warzywem ze słoika. Po licznych próbach zidentyfikowania warzywa uznaliśmy, że skoro jest smaczne, to nie ma sensu dociekać.

Podsumowując kolejny tydzień na oceanie, wnioski są podobne jak w poprzednich. Żeglujemy i zajadamy się samymi pysznościami. Jedynie kurs względem wiatru zmieniliśmy na ostry bajdewind (ku wielkiej radości mieszkańców dziobu, którzy wyrywali sobie ster na zmianie wachty), a chwilowa bliskość lądu zaspokoiła nieco budzące się w nas tęsknoty za kawałkiem suchej ziemi (słyszenie górskiego pastuszka, grającego na flecie, cykania świerszczy i rechotu żab zaczynało być lekko niepokojące).

Tyle o nas, dołączamy oceaniczne pozdrowienia przesyłane satelitarnie.
Załoga Selmy

.
2021-10-16
Ocean Atlantycki
Po długich ustaleniach dochodzimy,że dzis jest czternasty dzień rejsu. Prawie dwa tysiące mil za nami i jeszcze prawie czterysta do równika. Czas tutaj biegnie inaczej, liczymy go od przyjemnego chłodu poranka, przez palący upał do ponownie minimalnie chłodniejszych wieczorów. Przyzwyczaiłam się już do wstawania o 3:40 w nocy, wschody słońca zdecydowanie rekompensują mi te pobudki. Po wachcie kawa, smaczne śniadanie i można udać się na odpoczynek przed kolejną wachtą. I tak codziennie. Ale żeby nie było nudno, w ustalony tryb „spanie-jedzenie-wachta” wkradają się liczne atrakcje. Żagle o nazwie na literę "g" rownież nam ich dostarczają. O ile manewry na grocie to nic trudnego, to genua zintegrowała załogę tydzień temu. Natomiast bohaterem tego tygodnia został genaker. Dostarczył nam emocji, zadbał o kondycję fizyczna, a następnie zapewnił duża powierzchnie przyjemnego cienia.

Dni, chociaż mijają podobnie, to każdy jest inny. Tak samo jak co rano ocean wyglada inaczej, nieustannie zachwycam się jego kolorami.

Dzis dla odmiany zamiast gorącego słońca, poranek powitał nas krótką ale konkretną porcyjką orzeźwiającego deszczu i przede wszystkim wiatru. Wieczór zaś przyniósł zmianę kursu na mój ulubiony ostry bajdewind, więc z szerokim uśmiechem zaczynam już zapuszczać korzenie przy sterze.

Ogólnie rzecz biorąc, jest nam tu dobrze, miło i przyjemnie. Żeglujemy, nadrabiamy zaległości książkowe i słuchamy muzyki. Cieszymy oczy pięknymi widokami (wokół niby tylko niebo i ocean, ale jakże zmienne i urzekające), dogadzamy sobie kulinarnie (nawet bardzo!) i odpoczywamy.

A teraz urodzinowa prywata do mojej Mamy. Moja oazo spokoju i niekończącej się cierpliwości oraz wszechobecna ręko wsparcia! Życzę Ci żebyś długo żyła, w dobrym zdrowiu i pełni sił. Żebyś zawsze miała powody do uśmiechu i radości, żeby nie brakowało pomysłów i odwagi na nowe przygody. Wiem też, że jeszcze nie raz razem pożeglujemy, a tymczasem przesyłam Ci satelitarnie (o nowoczesności!) atlantyckie buziaki!

Kasia

.
2021-10-14
004° 54.067N, 033° 36.199WTrochę zaniedbaliśmy nasze relacje na FB. Czas to uzupełnić.

Jak już napomykaliśmy, Selma po pełnych perturbacji próbach (covid i brexit) zmieniła wreszcie olinowania w Southampton z pomocą firmy Rigit.

Za duże wsparcie i zrozumienie dla naszych projektów dziękujemy Pawłowi i całemu zespołowi Rigita.

(O nowym olinowaniu i różnych szczegółach technicznych jeszcze napiszemy).
....Potem ekspresowo pożeglowaliśmy przez Cherbourg na Kanary i po kilku dniach zrobiliśmy jeszcze kółeczko na Azory i z powrotem na Kanary.

W międzyczasie doszły nas pierwsze słuchy o otwieraniu się Argentyny, Chile, Urugwaju na ruch turystyczny.

Ruszyliśmy więc na południe.

Teraz właśnie Selma przechodzi pas cisz równikowych, o tej porze roku przesuniętych w okolice szerokości 006N.

Tymczasem podsyłamy trochę przeterminowaną relacje:

"Tu S/Y Selma Expeditions, S/Y Selma Expeditions. Nadajemy prosto z Atlantyku. Już 1000 mil za plecami zostawiliśmy Kanary. Cały dzień załoga usiłuje dojść prawdy - czy to środa czy czwartek, siódmy czy ósmy dzień rejsu? Czas zaczyna się rozmywać, jak fale rozbijające się o pokład. Niebo uśmiecha się do nas pogodnie.

Przy eskorcie delfinów, lekkim łukiem wzięliśmy Wyspy Zielonego Przylądka. Zawsze towarzyskie ssaki przywitały nas gościnnie, tańcząc brzuchami w powietrzu. W kokpicie czujni sternicy trzymają rękę na pulsie, znaczy się na sterze, cobyśmy nie wylądowali ani na Saharze ani na Karaibach.

Pod pokładem zawiązało się kółko krawieckie - cztery dni szyliśmy porwaną genuę.
Noce również nie są wolne od wydarzeń. Latające ryby z hukiem wpadają w odwiedziny bez zapowiedzi. Meduzy rozświetlają powierzchnię oceanu. A maszty Selmy suną między gwiazdami.

Wśród załogi pojawiła się już pierwsza tęsknota... za naleśnikami z jeżynami i lodami.
Na to musimy poczekać, ale kapitan, na szczęście także kucharz pierwszej wody, skutecznie realizuje inne zachcianki.

Morale załogi pozostaje więc wysokie. W dobrym nastroju płyniemy dalej do celu.
Bez odbioru."


fot Ela Hołowienko, Ostatnie przygotowania i Selma wyrusza na Ocean


fot Ela Hołowienko, W drogę!

.