Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2018-09-09
Atlantyk
Sporo się wydarzyło, między moim zejściem z Selmy na początku lipca, a wejściem chwilę później. Po pierwsze nie spodziewałem się, że tak szybko będę znowu na swoim ulubionym jachcie. Po drugie załoga remontowa wykonała ogrom niesamowitej pracy. Nie zostało im dużo czasu na wodospady i atrakcje okolic Itajai, ale za to pod czujnym okiem kapibar powstała zupełnie nowa, piękna, jasna i przestrzenna rufa. No i Narnia wygląda jak miejsce z zupełnie innej niż poprzedniom bajki.

Do tego doszło oczywiście tysiąc przewidzianych i nieprzewidzianych drobiazgów. Czas przed wypłynięciem był więc gęsty, usiany zmienną pogodą, ale też uroczym towarzystwem Kat z Icebird’a i Brisa z Podorange. Itajai zrobiło się przystanią antarktycznych żeglarzy i wszyscy żegnaliśmy się ze śmiechem umawiając się na lipiec. Tymczasem czując pośpiech na plecach ale też nie wiedząc w co ręce włożyć, jak to zawsze jest na końcu każdego, jachtowego, remontu przełożyliśmy nasze wypłynięcie na piątek 07.09. Tak. W piątek się nie wypływa. Chyba, że się człowiek śpieszy. A wiadomo co się wtedy wydarza./ Rzeczywistość oczywiście zweryfikowała nasz pośpiech i drobna usterka spowodowała, że minęliśmy wysoką wodę, a w Itajai jest płytko, i jednak wypłynęliśmy w sobotę. Artur, zawodowy operator podwodny i nurek, zszedł pod Selmę i pomógł wszystko poskładać od spodu w zupełnie nieprzejrzystej wodzie, którą rzeka wnosi do mariny. Żeglarskie przesądy, jakkolwiek raczymy je bagatelizować jako ludzie światli i nie wierzący w zabobony, w uroczy sposób i za każdym razem nam o sobie przypominają.

Sobota minęła nam już zupełne gładko. W słoneczne popołudnie obraliśmy kurs na południe, mijając nieprzebrane zastępy rybaków. Pierwsza doba była zaskakująco łagodna - po prostu nie wiało. Od kolejnej już zaczęliśmy nadrabiać. Selma, jak to Selma - pod pełnymi żaglami prowadzi się świetnie i z niewielkiego wiatru zmieniliśmy prędkości z 4 na 7 - 8, a nawet czasem 10 węzłów. Wystarczy jej nie przeszkadzać i wszystko wtedy przebiega jak najlepiej.

Życie jachtowe układa się spokojnie i komfortowo - Jurek wypolerował wszystkie szyby w nadbudówce, poprawiliśmy trochę drobnych rzeczy, a tak na co dzień cieszymy się słońcem i lekkim wiatrem wyjących pięćdziesiątek. Przypomniały nam o sobie ostatniej nocy, kiedy wiatr zmusił nas do refowania grota i zmiany przedniego żagla. Tylko po to, żeby parę chwil później, ledwo po tym jak zdążyliśmy odsapnąć, wrócić do pierwotnego zestawu.

Co noc za to przypływają delfiny, czasem płetwami machnie foka, ptaki badawczo się nam przyglądają, a my płyniemy w kierunku Argentyny i wielorybów, rozmawiając, jedząc i czytając. Jeżeli szukacie książki na jesień, to sięgnijcie po Barbarian Days: A Surfing Life - Williama Finnegana - o jego dorastaniu na Hawajach, surfingu i wielu innych. Fantastyczny opis świata którego już nie ma i miłości do oceanu. A jeżeli wolicie coś bardziej związanego z jachtami, to jest nieoceniony John Kretschmer i np. Flirting with Mermaids,

Tymczasem wracamy do relaksu. Niepokojącego wręcz w porównaniu z ostatnim pływaniem, więc podchodzę do niego ostrożnie, choć z nieskrywaną radością. W końcu zmierzamy w kierunku lata południowej półkuli na ukochanym jachcie.

Uściski od całej załogi:
Mat (skipper), Jurek, Marta, Mat (nie skipper), Adam i Artur.



.
2018-09-08
Itajai
Czas w Itajai minął jak z bicza trzasł - czy jakoś tak. Nie było lekko - co tu gadać. Kawał roboty udało nam się zrobić, a reszta rzeczy do odnowienia - jak kambuz /czyli kuchnia/ czy nawigacyjna zostaje na przyszły rok - trudno. Rufę nieco zmieniliśmy. No właściwie wygląda jak nowa - nie, ona po porostu jest nowa :). Koje zwężone, w dwóch kabinkach na burtach fajne i poręczne szafeczki, zlikwidowaliśmy jaskółki, w Narni jest więcej miejsca, są nowe drzwi, a zlew ma piękną obudowę, - hand maid by Jurek. Ostatnie dwie kabinki doczekały się w końcu ściany i drzwi. Obawialiśmy się bardzo czy nie będzie za ciasno, ale wyszło wszystko dobrze, a kabinki są przytulne i ma się więcej prywatności. Tak na prawdę lista rzeczy zrobionych jest baardzo długa - ale nazwijmy to drobiazgami. Pontony po totalnej renowacji, żagle zszyte, rdza wyczyszczona gdzie tylko się dało, podmalowania i czyszczenia nie było końca.

Na początku września przyjechał nasz skipper Mateusz razem z Arturem. To miła odmiana i w samą porę. Końcówka jak zawsze jest trudna i stresująca - więc przybyli nam z odsieczą. Na sam koniec, jak zawsze, wyskakują niespodzianki więc dobrze, że nie walczyliśmy z tym sami.
Teraz czas na sprawdzenie czy wszystko działa. Czekamy na wysoką wodę, tankujemy i ruszamy na dół, do Ushuaia. Czas już.

Pozdrawiamy serdecznie
Mateusz Skipper :), Artur, Adam, Jurek, Mateusz - NieSkipper i Marta



Skipper Mateusz :), w tle: sprawdzamy kamizelki. w drugim tle: jesteśmy w drodze do ładu i składu.



Powoli zamieniamy się ponownie w Selmę. Żółciutki namiot zniknął, za chwilę nie było też i naszego stołu /mojej dumy/.



Na Artura padły prace podwodne. Dobrze, że mamy zawodowego nurka w załodze.



Ostatnia noc w Itajai.



.
2018-08-29
ItajaiW Itajai robota gotuje nam się w rękach. Rufy nie poznacie, Narni też. Kto był ten wie o czym mowa, kto nie był to tylko powiem, że nazwa Narnia jest jak najbardziej adekwatna do sytuacji, w której znajduje się osobnik udający się do toalety. Nie każda bowiem toaleta zrobiona jest w starej szafie.

fot. MG



Selma - Gipsy boat :)



Jurek dzielnie walczy.



Jak wam się podoba nasz namiot? To wszystko czeka na zagruntowanie i malowanie.



Na dole. Porządek po szychcie.



Poproszono żebyśmy się przestawili na inne miejsce. Oficjalny powód - miescówka potrzeba dla kogoś innego... Nasz przyjaciel Brice z sąsiedniej łódki Podorange, która także pływa na Antarktydę, zgodził się kapitanować podczas tego manewru :)



Nasz sąsiad.











Dwa tygodnie temu. Zasłużony odpoczynek.



Test pontonu po renowacji i silnika. Niedzielna wycieczka na sąsiednią plażę.



.
2018-07-24
Selma ItajaiPozdrowienia z Itajai!

Zamilkliśmy na „trochę” – za co przepraszamy. Ogarnianie Selmy po sezonie to niezły kawał roboty , a drugi kawał to przygotowanie jej do sezonu. Naprawy, zorganizowanie się w mieście – przedeptanie ścieżek do sklepów –gdzie i co można kupić itp. itd.
Nieocenioną pomocą jest dla nas Brice – skipper Podorange - nasz przyjaciel z Ushuaia i Antarktydy, który jest z nami w marinie przy tej samej kei i zna już teren, a także nasza opiekunka z Marina Itajai - Natasha Secchi – nasz anioł, który ratuje nas z różnych opresji, załatwia papierologię i pomaga przebrnąć przez zawiłości dość rozbudowanej administracji. Natasha – muito obrigada!!!!
A tymczasem Piotr, zanim wrócił do Polski, musiał przygotować i zrobić przegląd jachtu po sezonie, zreperować roler foka, dopilnować naprawy stopy naszego bezanika i przypilnować masę innych spraw.
Tak, tak. Maszt bazana wylądował na kobyłkach, ale jest już z powrotem na swoim miejscu i zadowolony sobie stoi i czeka na dociągnięcie want. Spaw dojrzewa :) i ma się dobrze.
A my wywaliliśmy prawie wszystko na dek. Liny opłukane – czekają,aż zrobimy poprawki malarskie i inne prace w achterpiczku, z forpiku podobnie sporo wyleciało wietrzyć się i wygrzewać na słońcu... i namakać niestety wieczorem. Wilgoć jest tu nie do opisania.
Ale, ale na dole też się sporo dzieje. Przy dźwięku piły, frezarki, i innych maszyn stolarskich Jurek przerabia "nieco" rufę. Zwęża koje, przerabia szafki, coś tam likwiduje, postawi ścianki i wstawi drzwi. Jedne koje podnosimy, a inne obniżymy, żeby na dole było mniej trumiennie. Będzie mnie wspólnej przestrzeni, ale za to więcej prywatności.
Mamy nadzieję, że tym razem zdążymy i wykończymy wszystko tak, że mucha nie siądzie – trzymajcie kciuki. Roboty jeszcze mnóstwo.
Przy okazji niedzieli udało nam się dwa razy wyskoczyć za miasto. To ważne, żeby trochę przewietrzyć głowę, ustawić sobie wszystko jeszcze raz i od poniedziałku ruszyć z kopyta. Dziś zostaliśmy w mieście. Pewnie zaraz rozejrzymy się po okolicy. Generalnie to ciekawe miejsce. Rano i wieczorem ludzie gremialnie biegają i ćwiczą. Dziś rano na ścieżce peletony rowerzystów – jak w Warszawie w niedzielę na trasie do Powsina, tyle że dziś na zewnątrz chłodno i bez słońca - pochmurno jakby był już wieczór - a nie jest, bo na zegarze 1240 więc do zapadnięcia zmroku mamy jeszcze niewiele ponad 5 godzin. ( Tak, dzień tutaj bardzo krótki - ok 7 robi się jasno, a o 6 jest ciemno - po prostu ciemno.)

pozdrawiamy wszystkich
Adam, Jurek i Marta.

fot. MG



Wietrzenie, mycie itp. Z forpiczku wyleciało prawie wszystko.



Nasza kochana "Gipsy boat". Uch przesadziliśmy z tym bałaganem. Ale jest już lepiej, o niebo lepiej. Adam przygotowuje się do przyasekurowania Jurka na maszcie.





Przed wyjściem do roboty.



Jedni pracują, a drudzy w tym czasie odpoczywają. Ale zapewniam was, że oni też mają swoją szychtę - tyle że w nocy. Wygląda na to że miasto zatrudnia kapibary do strzyżenia trawników. Nie widziałam jeszcze tak ładnie wystrzyżonych miejskich trawników.



fot. Natasha Secchi.



fot. Natasha Secchi. Przed nami :operacja maszt.



Operacja maszt.



Nad Itajai nadciąga mgła



Na zakupach. Fascynuje mnie wielkość rzodkiewek.







Pełnia dnia. Ciepło i sielsko gdzieś w dżungli.



Człowiek z buszu Po chwili zniknął w gęstwinie.



Banana Państwo sobie życzą?



.
2018-06-29
1700
Atlantykuzupełnienie relacji z Atlantyku 2:

O sztormowaniu, meteorologii i francuskim kinie.

Jest taki francuski film, Mathieu Kassovitza - "Nienawiść".
Nie ma on nic wspólnego z morzem, ale zaczyna się od kawału opowiadanego przez głos z offu: facet wyskakuje z 8 piętra, spada i powtarza sobie: jak na razie nie jest źle. U Kassovitza jest to metafora upadającej cywilizacji.
U nas pogodnego radzenia sobie z przeciwnościami.

Zaczęło się niewinnie: wiatr, 90 stopni do burty 40-55 węzłów. Przedtem był szkwał 75 węzłów, ale my już bezpiecznie mkniemy sobie szybko na małym kliwrze i zarefowanym bezanie. Selma, jak Selma, wystarczy jej nie przeszkadzać. Sterujemy na zmianę, Dagmara raczy nas wspaniałymi obiadami, Iza kontempluje amplitudę fali. Słowem harmonia. Raz ja z Karoliną za sterem, raz Błażej z Agą, raz Przemo z Damianem. Silno wiatrowa sielaneczka. Prognozy dobre, porywy do 38 węzłów. Piotr mówi, że będzie 20% więcej, ale mówi też, że norweskie modele przewidują mniej. Jest super. Tylko upomina - lepiej baksztagami, bo fala, może mieć i 8 metrów. Wszystko zgodnie z planem. W pewnym momencie, kiedy właśnie się kładę koło południa, bo od 18 godzin nie zmrużyłem oka (bo grot, bo kliwer, bo bezan, bo robota) Damian klepie mnie w ramię i mówi: słuchaj, bo Aga nie czuje się na tyle kompetentna, żeby sterować. Karolina patrzy na wiatromierz i fale i mówi że czuje się jak w książce Susan Casey o freak waves i się zwyczajnie boi. Trzeba pomoc Błażejowi. No i jedziemy. 50-60 węzłów stałego wiatru, fala 8-9 metrów, podmuchy powyżej 70 i 80 węzłów. Jazda. Selma sunie jak wściekła. W ciągu tej doby zrobimy 210 mil. Nie jest to jej rekord, ale też staramy się raczej hamować, a nie przyspieszyć. 6 godzin surfingu w tych warunkach i padamy z Błażejem. Na szczęście poza szkwałami, deszczem i gradem jest też słońce.

Miały być wyjące czterdziestki? To są. Dobrze, że Dagmara nas ratuje gulaszem. Wchodzi Przemo z Damianem, ale po 3 godzinach też mają dość. Do rana będziemy jechać po pół godziny za sterem, z podwachtowym, a pozostała dwójka w sztormiakach ma kimę 40 minut. Kto umie ten śpi. Dobrze, że noc jasna i w wyjącym wietrze widać fale. Choć czasem wolałbym ich nie widzieć.

Jest surfing - cudowny moment kiedy 40 tonowym jachtem udaje się złapać grzbiet fali i jak na desce mknąć w dół, lekko, palcem sterując. 16-17 węzłów ślizgu. Są konkursy. Z Błażejem walczymy o najmocniejszy szkwał. Błażej ma 86 knotów. Duma. Ja 87.9. Błażej mówi, że się wycofuje. Chwilę później wycofuje się też wiatromierz. Nieodwołalnie. Sytuacja ma się tak, że wieje 60 węzłów stałego wiatru, gwiazdy i księżyc poszły precz, a my bez instrumentów pędzimy. Da się. Kiedyś ich nie było. Nad ranem humory zelżały, bo ledwo patrzymy na oczy, ale wiatr też spadł do 50 węzłów. Uff. Da się odpocząć.

Jest piątek i prognozy są dobre. Będzie wiało do 40 w porywach. No i jest sobota i nadal wieje 50, 60 w szkwałach. Ale życie wróciło do normy. Aga z uśmiechem na ustach steruje zalewana przez fale. Karolina opanowała lęki przed sztormem i steruje tak samo. Dziewczyny mają swój własny konkurs - która złapie największą falę. Widziałem obie. Wygrywa Karolina o 15 cm więcej wody w kokpicie. Po tej fali zaczęło się tam przenosić życie morskie. Kokpit świeci planktonem.

Teraz snujemy przez słońce, z albatrosami. Nie mogę oderwać od nich wzroku. Rozumiem doskonale co opisywała Ellen McArthur żeglując samotnie pośród albatrosów i dlaczego zajęła się ich ochroną. Ponoć wiatr ma zelżeć jutro. Ale i tak jest już dobrze. Mamy tylko kilka cierpkich słów do specjalistów od modeli pogodowych. 80, to nie 40. Na przykład. I do producentów rękawiczek. Jak coś ma napisane Gore-Tex, Ocean Enginereed, Waterproof i kosztuje tyle ile dochód narodowy małego państwa, to do jasnej cholery mogłoby być wodoodporne! Tymczasem wszystkie te cuda po godzinie są mokrą szmatą. Ale my nawet gumowe zmoczyliśmy. No i nie możemy wyjść z podziwu nad Szymkiem Kuczyński. Jak on to zrobił 22 stopową łódką? - zastanawialiśmy się na tych falach.

No i na koniec tej relacji trzeba podkreślić, ze Selma to najdzielniejszy jacht na jakim pływałem. Tutaj sztorm, to prawie komfort.
Pozdrawiam was serdecznie i wracam do swoich albatrosów.

Z pokładu Selmy, na wschód od Mar de la Plata, 23.06.2018. Mat P.S. Specjalne pozdrowienia dla Janka Zamoyskiego i Zuzanki

.
2018-06-29
1600
Atlantykuzupełnienie relacji z Atlantyku:

20.06.2018

Dzisiaj, 20.06, wyszło słońce. Po raz pierwszy od opuszczenia Port Stanley w niedzielny poranek. To miła odmiana. Wygrzewamy się i suszymy w towarzystwie albatrosów szybujących z wdziękiem przy 30-40 węzłach wiatru. Takie wiatry mamy od początku. Czasem 50 węzłów. Częściej. Rzadziej 60-75. Selma jednakże wyjątkowo dzielnie sobie radzi ze wszystkim. Wystarczy jej nie przeszkadzać.

Czasem jedynie musimy jej pomóc. Jak wczoraj z Błażejem przy grocie w środku nocy. Pięknie musieliśmy wyglądać, Aga steruje, Karolina dogląda, a my raz na fali, raz pod falą wygłupiamy się na bomie. Powoli dochodzimy też do wniosku, że meteorologów kompletnie nie interesuje los pływających tu żeglarzy. Modele sprawdzają się równie często jak nasze domysły. Albo rzadziej. No, ale kto by tu pływał! Jak zwykle też jest tak, że jak już mamy się rozrefować, lub coś dostawić, to akurat zaczyna wiać 20 węzłów więcej. Bawimy się przednio.

Słońce też wyraźnie reperuje morale, gdyż od niedzieli wieczór jedziemy bez ogrzewania. Nerwowo czekając na płaską wodę (w tych realiach prędzej ziemia będzie płaska) zerkamy na zestaw naprawczy do kaloryferów. Marznąc :) bo mamy całe 7 stopni, w międzyczasie i co jakiś czas marudząc na wilgotne szmaty i rękawice. Ale co tam! Przecież to drobiazg. Za parę dni już będzie ciepło. Będzie można zapomnieć o zapachu gumowych termoforów.

Poza tym śpimy, jemy (doskonale - dzięki Dagmarze), ulepszamy (ze starej karimaty kupionej za 50 pensów w charity shopie w Port Stanley zrobiliśmy podkładki pod tyłki przy kole sterowym i w kokpicie. Tyłki mamy może i twarde, ale nie muszą być mokre). Co jakiś czas wita nas stadko radosnych delfinów. Albo foka. Ale najpiękniejsze są albatrosy.

Mateusz Kubik
2018-06-27
AtlantykNie lubię wracać z morza.

Im dłużej płynę, tym zawsze mam mniejszą ochotę na to nieuchronne spotkanie z lądem. Zawsze przypomina mi się wtedy Motissier, który jako wygrany w samotnych regatach wokół globu zawraca na północnym Atlantyku i płynie jeszcze połowę drogi, którą przebył w trakcie, zanim jest gotowy się zatrzymać. Te wszystkie codzienne rzeczy, jak telefony, rachunki, maile, praca inna niż pływanie, zobowiązania jawią się jako coś przerażającego w porównaniu z prostotą żeglowania. Ludzie robią się drażliwi i sfrustrowani. Z dużym przerażeniem rozmawiamy z Błażejem o nieuchronności włączenia telefonów, internetu. Będziemy się starać zrobić to jak najpóźniej, ale jednak musimy.
Tymczasem ostatnie dni, poza wspomnianymi lękami, upływają nadzwyczaj spokojnie. Zgodnie z zapowiedziami w niedzielę rano wiatr odpuszcza i jeszcze do wtorku rano suniemy na spokojnych 15-20 knotach, z rzadka tylko wspomagając się silnikiem. Wiemy jednakże, że to czasowa sytuacja. W końcu wiatr nieuchronnie przestaje wiać i ostatnie dwie doby pokonujemy przy dźwięku diesla.
Zrobiło się ciepło. Udało nam się zrzucić merynosy, wywietrzyć i odrobię wysuszyć Selmę. Snujemy śmiałe plany o kąpieli w Oceanie. Błażej z Dagmarą robią pieczeń z wielkiego kawałka wołowiny, a my z Karoliną pożytkujemy resztkę pomidorów na gęstą zupę. Są też tosty, naleśniki, wraca czas na zapomnianą higienę, mycie włosów. Kawki, herbatki, pogaduchy w mesie i na deku. Dużo czytania. Dookoła leniwie latają albatrosy, a w nocy z wtorku na środę nawiedzają nas nieoczekiwani goście z Afryki. To czaple określane jako cattle egret, czyli bydlęce, jak odkrywamy w atlasie. Zmęczone lądują na bomie. Potem cała, kłócącą się piątka, rozpełza się po jachcie. Niebawem dołącza do nich piątka kormoranowatych ptaszorów, które okupują dziób i salingi. Poruszamy się bez pośpiechu w kierunku Brazylii, razem z naszymi pasażerami na gapę, po drodze malując banderę na materiale z koszulki Agnieszki (okazało się, że jej brak w stosiku - ale co tam! Artyści są na pokładzie:)), jedząc i planując kolejne, brazylisjkie już przygody.
Zaraz trzeba się będzie się rozstać z morzem. Na szczęście nie na długo.

Mat Kubik
2018-06-17
Falklandy

Jak prawie zostaliśmy obywatelami Falklandów.

Od 36 lat, czternastego czerwca na Falklandach obchodzi się Liberation Day - Dzień Wyzwolenia. Kiedyś więcej było w obchodach smutku i wspominków. Dzisiaj - po obowiązkowej mszy i paradzie przed pomnikiem - to przede wszystkim okazja do tego, żeby się wspólnie napić. Weterani, żołnierze, mieszkańcy w każdym wieku, oficjele i przyjezdni na kontraktach. Tego dnia każdy pub (a jest ich pięć) jest pełen od południa do późnego wieczora. Jeżeli konflikt może mieć jakąkolwiek dobrą stronę, to w tym przypadku było to skonsolidowanie lokalnej społeczności, zwrócenie uwagi Wielkiej Brytanii na odległe, zamorskie terytorium i droga Falklandów ku nowoczesności.
Powolnej, ale jednak. Ta powolność jest zresztą kluczowa - dostęp do towarów nie jest natychmiastowy, wynajęcie domów tanie, internet słaby - wszystko to powoduje, że ludzie są tu mniej zestresowani, uśmiechnięci, spędzają więcej czasu ze sobą. I bez żadnej obawy zapraszają do swojego kręgu “obcych”. Nick, młody chłopak, u którego gościliśmy w lokalnej rozgłośni radiowej, spotkany nocą w trakcie obchodów Liberation Day, śmiał się i w żartach złościł, że jesteśmy tu czwarty dzień i już znamy wszystkich, w tym wszystkich jego znajomych.
My obchody zaczęliśmy dzień wcześniej u chłopaków z East Jetty. Opiekują się nadbrzeżem, wożą ekipy do oczyszczania pól minowych, pilotują statki. Takie chłopaki z portu. Lokalni, Chilijczycy, Nowozelandczyk. Zaprosili nas przez radio, a potem podjęli godnie w swojej kanciapie. Rozmawialiśmy o samotnym żeglarstwie, Szymku Kuczyńskim, czy pobycie w Stanley jachtu Vestas 11th Hour po złamaniu masztu. Jeżeli ktokolwiek potrzebuje pomocy przy łódce, oni zawsze pomogą - za darmo. Postój przy East Jetty jest tani (15 GBP). Jest też tania woda, paliwo, prąd. Coś trzeba naprawić, przecumować, odholować - wszystko będzie załatwione. Jedyne co ich drażni, to gdy ktoś potraktuje ich z góry. Selmę na szczęście zapamiętają z dobrej strony i drzwi tu są dla nas zawsze otwarte.
Po wizycie u chłopaków udaliśmy się do Moniki i Tomka - na wieczór pokerowy. Tam w międzynarodowym towarzystwie, gadaliśmy do rana o ociepleniu klimatu, oceanach, połowach, wspinaczce górskiej i podróżowaniu.
Następnego dnia zaczęło się gremialne świętowanie. Była parada, był przelot myśliwca Typhoon nad Port Stanley, były przemowy pod pomnikiem. A potem całe miasteczko udało się do lokalnych koszar, gdzie w wielkiej hali, przy suto zastawionych stołach zaczęła się część nieoficjalna. Jedynymi turystami byliśmy my. To oczywiście plus - mieliśmy status białych niedźwiedzi - wszyscy pytają skąd, czy żeglarze, bo tak wyglądamy, czy jesteśmy zaopiekowani. Stamtąd, podobnie jak całe miasto, udaliśmy się na pub crawl - od Rose Bar, przez Victory Bar, Deanos, aż do Globe Bar, gdzie była już regularna dyskoteka. Co się tam nie działo! Radosny, roztańczony, śmiejący się, pijany tłum - weterani w perukach, śpiewający karaoke, nasi lokalni znajomi wznoszący toasty zamiast cheers mówiąc polskie “czemu”, filipiński szef kuchni, który jedzie na wesele do Suwałk. Wychodzenie z każdego pubu zajmowało nam godzinę pożegnań.
Ciężko będzie nam ich opuścić. Szybko można tu utonąć w przyjacielskich gestach, rozmowach. Szczęśliwi idziemy spać, a rano w piątek, ruszamy na eksplorację interioru. Wieje huraganowy wiatr. Mnie, a nie jestem malutki, zwiewa z drogi. W porywach powyżej 70 węzłów. Nienajlepszy dzień na żeglowanie, ale po lądzie poruszamy się bez przeszkód terenówkami przez przepiękny krajobraz, w kierunku Bertha’s Beach. Tam mamy spotkać pingwiny.
Gdyby nie temperatura, plaża ta wyglądałaby zupełnie jak z Karaibów - szaro-biały piasek, piękne fale do surfingu, zachodzące słońce. Spotykamy bawiącego się na falach lwa morskiego. Będzie jeszcze lampart polujący na pingwiny, bo tak - udało się! Są pingwiny Gentoo! Cała kolonia czarno-białych kulek kolebiących się na boki jak Hatifnaty z Muminków.
Idziemy wzdłuż plaży, a one seriami wyskakują z wody i mijają nas przekraczając plażę w drodze do swoich braci i sióstr sadowiących się już na trawiastym pagórku. Wygląda to jakby wyszły na szkocką trawę. Trzeba mnie odciągać, bo mógłbym tam zostać z aparatem na długie godziny. Wracamy do Stanley przez Fitzroy Farm, gdzie oddajemy klucz właścicielom tego gruntu i z żalem odmawiamy zaproszenia na kolację i wino. Mamy już umówione spotkanie z Moniką i Tomkiem na Selmie. To nasz ostatni wieczór tutaj. Monika i Tomek, wiedząc o tym, jak marzy nam się inne pieczywo niż to, które kupiliśmy w Ushuaia i które zaczyna przypominać plastelinę, przywożą nam chleb. Jemy kromki, pijemy wino, zagryzamy przekąskami. Nie możemy jednak już zanurzać się w świętowanie. Trzeba się powoli zbierać - ku Brazylii.

PS Damian i Iza ściskają mamę, Anetę i Amelkę oraz Gochę (spodnie cieplutkie, dzięki), Martę, Krisa i Piotra.
PS2 Podobnie jak Błażej z Agą i Dagmara i Przemek :)
























Mat i Karolina
2018-06-13
Falklandy

Z Malwinów na Falklandy, czyli z Argentyny do Wielkiej Brytanii
Ushuaia zimą jest właściwie jeszcze lepsza niż latem. Nie, żeby latem była mało urokliwa, to miejsce chyba zawsze jest wspaniałe, ale turystyczne miasta mają dla mnie największy urok po sezonie. Marina Afasyn prawie pusta. Poza nami tylko lokalni mechanicy remontują barki i robią drobne naprawy. Wśród nich jest też zainstalowanie nowego routera do internetu. Dzięki temu możemy w ciepłym pomieszczeniu biblioteki, głaszcząc czarnego kota, którego nazwaliśmy Ekspedycja, ściągnąć prognozę pogody. Ale to wszystko później.
Wcześniej było nasze przybycie. Ja, niżej podpisany, Błażej i Dagmara przylecieliśmy z końcem maja, żeby przejąć Selmę od Andrzeja. Ushuaia powitała nas srogo: mrozem i deszczem, a później śniegiem, ale Andrzej ciepłą herbatą i owsianką. Potem zmieniliśmy herbatę na whisky i tak przywitaliśmy się z Ziemią Ognistą, Końcem Świata czy też - jak lubimy mówić Zakopanem Południa, bo główna ulica Ushuaia jako żywo przypomina Krupówki. 10 dni czekania na pozostałą część załogi upłynęły nam na wizycie na lodowcu Martial górującym nad miastem - z Błażejem osiągnęliśmy szczyt. No prawie. Pewnie mądrzej byłoby zabrać raki, czekany i sprzęt wspinaczkowy, ale na to wpadliśmy później.
Większość czasu spędziliśmy jednak na spacerach, drobnych pracach przygotowawczych na Selmie i piciu patagońskiego piwa w pubie Dublin.
Na szczęście zanim sytuacja zrobiła się zupełnie dramatyczna przyjechała dziewczyna Błażeja - Agnieszka, moja żona Karolina i Przemo. Z Przemkiem poznałem się pół roku wcześniej i było to właśnie w Ushuaia. Nie spodziewałem się, że nasz następny raz również będzie tutaj. Tym razem jednak płyniemy na północ, a nie na południe. Załoga prawie w komplecie, ja kończę wysyłanie video (nawiasem mówiąc - jedyne miejsce w Ushuaia skąd można wysłać 40 Gb video to salon telefonii Movistar i ich bezpłatne wifi dla klientów - na życzenie podam bliższe namiary i hasło;), Błażej z Dagmarą gotują gulasz i wieczorem znów świętujemy szczęśliwe spotkanie z kolejnymi członkami załogi. W poniedziałek dołączył jeszcze nieoceniony Damian z Izą i po zrobieniu zakupów, nalaniu wody, i sztauowaniu ogromnej ilości drewna na drugą część remontu Selmy, po krótkiej odprawie wyruszyliśmy, w środę 06.06, Kanałem Beagla w kierunku otwartego oceanu. Beagla pokonujemy gładko na dużym kliwrze i silniku. Żegna nas jak zwykle przepięknym zachodem słońca, które skrzy się na ośnieżonych szczytach i małym stadkiem posilających się fok.
Na oceanie trochę cieplej, a my w miarę sprawnie podążamy bajdewindem do naszego celu na Falklandach - Port Stanley. Kiedy byliśmy w Ushuaia, były to argentyńskie Malwiny i Puerto Argentina. Im bliżej jesteśmy Wysp, tym bardziej brytyjsko musimy o nich myśleć. Na Falklandach słowo na M jest zabronione - podobnie jak w Argentynie słowo na F.
Dla nas wszystkich to będzie pierwszy raz na tych odległych wyspach. Morale u niektórych nieco podupada ze względu na fale i wiatr, ale z tym też sobie radzimy. Dobra owsianka, ciepłe risotto i doskonała opieka kapitana Błażeja powodują, że to wszystko to tylko część przygody, a nie udręka. Nawet jeżeli śpimy mało i mokniemy. Brytyjska mżawka jest zresztą ponoć dobra na cerę, a my już prawie dopływamy do Falklandów.
W niedzielę 10.06, popołudniem osiągamy Port Stanley. Witają nas delfiny i mgła. Po cumowaniu i odprawie u przemiłego urzędnika portowego, którego rodzina mieszka na Wyspach od 165 lat, idziemy do znajdującego się nieopodal pubu - Globe Tavern, a potem na kapitańskie steki. Dalsza część tego wieczoru obfitowała w śpiewanie, tańczenie i wszelkie swawole. Poniedziałek zupełnie wypadł nam z pamięci. Może poza spotkaniem z grubym, czarnym kotem przed lokalnym supermarketem (jednym z dwóch) - dzięki niemu poznajemy też Polkę, która mieszka tu ze swoim chłopakiem - biologiem morskim pracującym jako obserwator połowów. Ona sama jest zaś poetką, malarką i opowiadaczem bajek. Spędzimy z nimi jeszcze więcej czasu, tymczasem powoli przygotowujemy się do największego święta na Falklandach - Liberation Day, które upamiętnia wkroczenie wojsk brytyjskich na Falklandy w odpowiedzi na argentyńską inwazję w 1982 roku.
Wojna zostawiła na Falklandach ślady - niektóre całkiem namacalne, jak miny przeciwpiechotne wciąż zalegające na plażach, inne zupełnie niewidzialne, ale bolesne. Wielu mieszkańców pamiętających konflikt i trwającą 74 dni okupację wciąż zmaga się z traumatycznymi wspomnieniami.
Młodzi z kolei chcą Falklandów wychylonych w przyszłość, nastawionych na edukację, ekologię i turystów. Falklandy - dla Argentyny, Wielkiej Brytanii i całego świata trafiły na mapę dzięki wojnie. Od kilku lat trafiają jednak tam także dzięki swojej unikatowej florze i faunie i trosce o środowisko naturalne. Ich tożsamość to już nie tylko wojenna trauma, ale przede wszystkim życie blisko natury, pielęgnowanie wspólnoty, która pomaga sobie, nie spieszy się i ceni w życiu proste przyjemności. Nikt tu nie zamyka drzwi, nie ogląda się za siebie na ciemnej ulicy.
Nawet młody żołnierz, który razem ze swoim przełożonym odwiedzili naszą łódkę (po prostu zeszli z Globe Tavern w radosnym stanie i trafili do doku East Jetty, gdzie stoimy), podkreślał, że chociaż jest szalenie dumny, że należy do tej samej jednostki, która przed laty wyzwalała Wyspy, on sam odkreśla przeszłość grubą kreską. Trzeba oddać cześć weteranom i upamiętnić poległych, ale przyszłość to raczej natura niż kultura wojny. Falklandy chcą żyć dalej swoim brytyjskim, prowincjonalnym życiem - chodzić do pubów, jeździć na wycieczki terenówkami po błocie, robić na drutach, malować i pytać w lokalnych grupach na FB: “Czyja to kura chodzi po moim ogródku?”. Bo to, co dla nich najważniejsze - to święty spokój.
ps. Żołnierze brytyjscy nie mogli się nadziwić, jakim cudem my się myjemy w takiej małej łazience. A kiedy dotknęli mojego śpiwora, zawyrokowali: “O, to bohater!”. I przestali się skarżyć, że musieli się kisić w wojskowym samolocie przez 10 godzin. Tak oto polska załoga okazała się twardsza niż brytyjskie wojsko.



















Mateusz Kubik