Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2018-06-29
1700
Atlantykuzupełnienie relacji z Atlantyku 2:

O sztormowaniu, meteorologii i francuskim kinie.

Jest taki francuski film, Mathieu Kassovitza - "Nienawiść".
Nie ma on nic wspólnego z morzem, ale zaczyna się od kawału opowiadanego przez głos z offu: facet wyskakuje z 8 piętra, spada i powtarza sobie: jak na razie nie jest źle. U Kassovitza jest to metafora upadającej cywilizacji.
U nas pogodnego radzenia sobie z przeciwnościami.

Zaczęło się niewinnie: wiatr, 90 stopni do burty 40-55 węzłów. Przedtem był szkwał 75 węzłów, ale my już bezpiecznie mkniemy sobie szybko na małym kliwrze i zarefowanym bezanie. Selma, jak Selma, wystarczy jej nie przeszkadzać. Sterujemy na zmianę, Dagmara raczy nas wspaniałymi obiadami, Iza kontempluje amplitudę fali. Słowem harmonia. Raz ja z Karoliną za sterem, raz Błażej z Agą, raz Przemo z Damianem. Silno wiatrowa sielaneczka. Prognozy dobre, porywy do 38 węzłów. Piotr mówi, że będzie 20% więcej, ale mówi też, że norweskie modele przewidują mniej. Jest super. Tylko upomina - lepiej baksztagami, bo fala, może mieć i 8 metrów. Wszystko zgodnie z planem. W pewnym momencie, kiedy właśnie się kładę koło południa, bo od 18 godzin nie zmrużyłem oka (bo grot, bo kliwer, bo bezan, bo robota) Damian klepie mnie w ramię i mówi: słuchaj, bo Aga nie czuje się na tyle kompetentna, żeby sterować. Karolina patrzy na wiatromierz i fale i mówi że czuje się jak w książce Susan Casey o freak waves i się zwyczajnie boi. Trzeba pomoc Błażejowi. No i jedziemy. 50-60 węzłów stałego wiatru, fala 8-9 metrów, podmuchy powyżej 70 i 80 węzłów. Jazda. Selma sunie jak wściekła. W ciągu tej doby zrobimy 210 mil. Nie jest to jej rekord, ale też staramy się raczej hamować, a nie przyspieszyć. 6 godzin surfingu w tych warunkach i padamy z Błażejem. Na szczęście poza szkwałami, deszczem i gradem jest też słońce.

Miały być wyjące czterdziestki? To są. Dobrze, że Dagmara nas ratuje gulaszem. Wchodzi Przemo z Damianem, ale po 3 godzinach też mają dość. Do rana będziemy jechać po pół godziny za sterem, z podwachtowym, a pozostała dwójka w sztormiakach ma kimę 40 minut. Kto umie ten śpi. Dobrze, że noc jasna i w wyjącym wietrze widać fale. Choć czasem wolałbym ich nie widzieć.

Jest surfing - cudowny moment kiedy 40 tonowym jachtem udaje się złapać grzbiet fali i jak na desce mknąć w dół, lekko, palcem sterując. 16-17 węzłów ślizgu. Są konkursy. Z Błażejem walczymy o najmocniejszy szkwał. Błażej ma 86 knotów. Duma. Ja 87.9. Błażej mówi, że się wycofuje. Chwilę później wycofuje się też wiatromierz. Nieodwołalnie. Sytuacja ma się tak, że wieje 60 węzłów stałego wiatru, gwiazdy i księżyc poszły precz, a my bez instrumentów pędzimy. Da się. Kiedyś ich nie było. Nad ranem humory zelżały, bo ledwo patrzymy na oczy, ale wiatr też spadł do 50 węzłów. Uff. Da się odpocząć.

Jest piątek i prognozy są dobre. Będzie wiało do 40 w porywach. No i jest sobota i nadal wieje 50, 60 w szkwałach. Ale życie wróciło do normy. Aga z uśmiechem na ustach steruje zalewana przez fale. Karolina opanowała lęki przed sztormem i steruje tak samo. Dziewczyny mają swój własny konkurs - która złapie największą falę. Widziałem obie. Wygrywa Karolina o 15 cm więcej wody w kokpicie. Po tej fali zaczęło się tam przenosić życie morskie. Kokpit świeci planktonem.

Teraz snujemy przez słońce, z albatrosami. Nie mogę oderwać od nich wzroku. Rozumiem doskonale co opisywała Ellen McArthur żeglując samotnie pośród albatrosów i dlaczego zajęła się ich ochroną. Ponoć wiatr ma zelżeć jutro. Ale i tak jest już dobrze. Mamy tylko kilka cierpkich słów do specjalistów od modeli pogodowych. 80, to nie 40. Na przykład. I do producentów rękawiczek. Jak coś ma napisane Gore-Tex, Ocean Enginereed, Waterproof i kosztuje tyle ile dochód narodowy małego państwa, to do jasnej cholery mogłoby być wodoodporne! Tymczasem wszystkie te cuda po godzinie są mokrą szmatą. Ale my nawet gumowe zmoczyliśmy. No i nie możemy wyjść z podziwu nad Szymkiem Kuczyński. Jak on to zrobił 22 stopową łódką? - zastanawialiśmy się na tych falach.

No i na koniec tej relacji trzeba podkreślić, ze Selma to najdzielniejszy jacht na jakim pływałem. Tutaj sztorm, to prawie komfort.
Pozdrawiam was serdecznie i wracam do swoich albatrosów.

Z pokładu Selmy, na wschód od Mar de la Plata, 23.06.2018. Mat P.S. Specjalne pozdrowienia dla Janka Zamoyskiego i Zuzanki

.
2018-06-29
1600
Atlantykuzupełnienie relacji z Atlantyku:

20.06.2018

Dzisiaj, 20.06, wyszło słońce. Po raz pierwszy od opuszczenia Port Stanley w niedzielny poranek. To miła odmiana. Wygrzewamy się i suszymy w towarzystwie albatrosów szybujących z wdziękiem przy 30-40 węzłach wiatru. Takie wiatry mamy od początku. Czasem 50 węzłów. Częściej. Rzadziej 60-75. Selma jednakże wyjątkowo dzielnie sobie radzi ze wszystkim. Wystarczy jej nie przeszkadzać.

Czasem jedynie musimy jej pomóc. Jak wczoraj z Błażejem przy grocie w środku nocy. Pięknie musieliśmy wyglądać, Aga steruje, Karolina dogląda, a my raz na fali, raz pod falą wygłupiamy się na bomie. Powoli dochodzimy też do wniosku, że meteorologów kompletnie nie interesuje los pływających tu żeglarzy. Modele sprawdzają się równie często jak nasze domysły. Albo rzadziej. No, ale kto by tu pływał! Jak zwykle też jest tak, że jak już mamy się rozrefować, lub coś dostawić, to akurat zaczyna wiać 20 węzłów więcej. Bawimy się przednio.

Słońce też wyraźnie reperuje morale, gdyż od niedzieli wieczór jedziemy bez ogrzewania. Nerwowo czekając na płaską wodę (w tych realiach prędzej ziemia będzie płaska) zerkamy na zestaw naprawczy do kaloryferów. Marznąc :) bo mamy całe 7 stopni, w międzyczasie i co jakiś czas marudząc na wilgotne szmaty i rękawice. Ale co tam! Przecież to drobiazg. Za parę dni już będzie ciepło. Będzie można zapomnieć o zapachu gumowych termoforów.

Poza tym śpimy, jemy (doskonale - dzięki Dagmarze), ulepszamy (ze starej karimaty kupionej za 50 pensów w charity shopie w Port Stanley zrobiliśmy podkładki pod tyłki przy kole sterowym i w kokpicie. Tyłki mamy może i twarde, ale nie muszą być mokre). Co jakiś czas wita nas stadko radosnych delfinów. Albo foka. Ale najpiękniejsze są albatrosy.

Mateusz Kubik
2018-06-27
AtlantykNie lubię wracać z morza.

Im dłużej płynę, tym zawsze mam mniejszą ochotę na to nieuchronne spotkanie z lądem. Zawsze przypomina mi się wtedy Motissier, który jako wygrany w samotnych regatach wokół globu zawraca na północnym Atlantyku i płynie jeszcze połowę drogi, którą przebył w trakcie, zanim jest gotowy się zatrzymać. Te wszystkie codzienne rzeczy, jak telefony, rachunki, maile, praca inna niż pływanie, zobowiązania jawią się jako coś przerażającego w porównaniu z prostotą żeglowania. Ludzie robią się drażliwi i sfrustrowani. Z dużym przerażeniem rozmawiamy z Błażejem o nieuchronności włączenia telefonów, internetu. Będziemy się starać zrobić to jak najpóźniej, ale jednak musimy.
Tymczasem ostatnie dni, poza wspomnianymi lękami, upływają nadzwyczaj spokojnie. Zgodnie z zapowiedziami w niedzielę rano wiatr odpuszcza i jeszcze do wtorku rano suniemy na spokojnych 15-20 knotach, z rzadka tylko wspomagając się silnikiem. Wiemy jednakże, że to czasowa sytuacja. W końcu wiatr nieuchronnie przestaje wiać i ostatnie dwie doby pokonujemy przy dźwięku diesla.
Zrobiło się ciepło. Udało nam się zrzucić merynosy, wywietrzyć i odrobię wysuszyć Selmę. Snujemy śmiałe plany o kąpieli w Oceanie. Błażej z Dagmarą robią pieczeń z wielkiego kawałka wołowiny, a my z Karoliną pożytkujemy resztkę pomidorów na gęstą zupę. Są też tosty, naleśniki, wraca czas na zapomnianą higienę, mycie włosów. Kawki, herbatki, pogaduchy w mesie i na deku. Dużo czytania. Dookoła leniwie latają albatrosy, a w nocy z wtorku na środę nawiedzają nas nieoczekiwani goście z Afryki. To czaple określane jako cattle egret, czyli bydlęce, jak odkrywamy w atlasie. Zmęczone lądują na bomie. Potem cała, kłócącą się piątka, rozpełza się po jachcie. Niebawem dołącza do nich piątka kormoranowatych ptaszorów, które okupują dziób i salingi. Poruszamy się bez pośpiechu w kierunku Brazylii, razem z naszymi pasażerami na gapę, po drodze malując banderę na materiale z koszulki Agnieszki (okazało się, że jej brak w stosiku - ale co tam! Artyści są na pokładzie:)), jedząc i planując kolejne, brazylisjkie już przygody.
Zaraz trzeba się będzie się rozstać z morzem. Na szczęście nie na długo.

Mat Kubik
2018-06-17
Falklandy

Jak prawie zostaliśmy obywatelami Falklandów.

Od 36 lat, czternastego czerwca na Falklandach obchodzi się Liberation Day - Dzień Wyzwolenia. Kiedyś więcej było w obchodach smutku i wspominków. Dzisiaj - po obowiązkowej mszy i paradzie przed pomnikiem - to przede wszystkim okazja do tego, żeby się wspólnie napić. Weterani, żołnierze, mieszkańcy w każdym wieku, oficjele i przyjezdni na kontraktach. Tego dnia każdy pub (a jest ich pięć) jest pełen od południa do późnego wieczora. Jeżeli konflikt może mieć jakąkolwiek dobrą stronę, to w tym przypadku było to skonsolidowanie lokalnej społeczności, zwrócenie uwagi Wielkiej Brytanii na odległe, zamorskie terytorium i droga Falklandów ku nowoczesności.
Powolnej, ale jednak. Ta powolność jest zresztą kluczowa - dostęp do towarów nie jest natychmiastowy, wynajęcie domów tanie, internet słaby - wszystko to powoduje, że ludzie są tu mniej zestresowani, uśmiechnięci, spędzają więcej czasu ze sobą. I bez żadnej obawy zapraszają do swojego kręgu “obcych”. Nick, młody chłopak, u którego gościliśmy w lokalnej rozgłośni radiowej, spotkany nocą w trakcie obchodów Liberation Day, śmiał się i w żartach złościł, że jesteśmy tu czwarty dzień i już znamy wszystkich, w tym wszystkich jego znajomych.
My obchody zaczęliśmy dzień wcześniej u chłopaków z East Jetty. Opiekują się nadbrzeżem, wożą ekipy do oczyszczania pól minowych, pilotują statki. Takie chłopaki z portu. Lokalni, Chilijczycy, Nowozelandczyk. Zaprosili nas przez radio, a potem podjęli godnie w swojej kanciapie. Rozmawialiśmy o samotnym żeglarstwie, Szymku Kuczyńskim, czy pobycie w Stanley jachtu Vestas 11th Hour po złamaniu masztu. Jeżeli ktokolwiek potrzebuje pomocy przy łódce, oni zawsze pomogą - za darmo. Postój przy East Jetty jest tani (15 GBP). Jest też tania woda, paliwo, prąd. Coś trzeba naprawić, przecumować, odholować - wszystko będzie załatwione. Jedyne co ich drażni, to gdy ktoś potraktuje ich z góry. Selmę na szczęście zapamiętają z dobrej strony i drzwi tu są dla nas zawsze otwarte.
Po wizycie u chłopaków udaliśmy się do Moniki i Tomka - na wieczór pokerowy. Tam w międzynarodowym towarzystwie, gadaliśmy do rana o ociepleniu klimatu, oceanach, połowach, wspinaczce górskiej i podróżowaniu.
Następnego dnia zaczęło się gremialne świętowanie. Była parada, był przelot myśliwca Typhoon nad Port Stanley, były przemowy pod pomnikiem. A potem całe miasteczko udało się do lokalnych koszar, gdzie w wielkiej hali, przy suto zastawionych stołach zaczęła się część nieoficjalna. Jedynymi turystami byliśmy my. To oczywiście plus - mieliśmy status białych niedźwiedzi - wszyscy pytają skąd, czy żeglarze, bo tak wyglądamy, czy jesteśmy zaopiekowani. Stamtąd, podobnie jak całe miasto, udaliśmy się na pub crawl - od Rose Bar, przez Victory Bar, Deanos, aż do Globe Bar, gdzie była już regularna dyskoteka. Co się tam nie działo! Radosny, roztańczony, śmiejący się, pijany tłum - weterani w perukach, śpiewający karaoke, nasi lokalni znajomi wznoszący toasty zamiast cheers mówiąc polskie “czemu”, filipiński szef kuchni, który jedzie na wesele do Suwałk. Wychodzenie z każdego pubu zajmowało nam godzinę pożegnań.
Ciężko będzie nam ich opuścić. Szybko można tu utonąć w przyjacielskich gestach, rozmowach. Szczęśliwi idziemy spać, a rano w piątek, ruszamy na eksplorację interioru. Wieje huraganowy wiatr. Mnie, a nie jestem malutki, zwiewa z drogi. W porywach powyżej 70 węzłów. Nienajlepszy dzień na żeglowanie, ale po lądzie poruszamy się bez przeszkód terenówkami przez przepiękny krajobraz, w kierunku Bertha’s Beach. Tam mamy spotkać pingwiny.
Gdyby nie temperatura, plaża ta wyglądałaby zupełnie jak z Karaibów - szaro-biały piasek, piękne fale do surfingu, zachodzące słońce. Spotykamy bawiącego się na falach lwa morskiego. Będzie jeszcze lampart polujący na pingwiny, bo tak - udało się! Są pingwiny Gentoo! Cała kolonia czarno-białych kulek kolebiących się na boki jak Hatifnaty z Muminków.
Idziemy wzdłuż plaży, a one seriami wyskakują z wody i mijają nas przekraczając plażę w drodze do swoich braci i sióstr sadowiących się już na trawiastym pagórku. Wygląda to jakby wyszły na szkocką trawę. Trzeba mnie odciągać, bo mógłbym tam zostać z aparatem na długie godziny. Wracamy do Stanley przez Fitzroy Farm, gdzie oddajemy klucz właścicielom tego gruntu i z żalem odmawiamy zaproszenia na kolację i wino. Mamy już umówione spotkanie z Moniką i Tomkiem na Selmie. To nasz ostatni wieczór tutaj. Monika i Tomek, wiedząc o tym, jak marzy nam się inne pieczywo niż to, które kupiliśmy w Ushuaia i które zaczyna przypominać plastelinę, przywożą nam chleb. Jemy kromki, pijemy wino, zagryzamy przekąskami. Nie możemy jednak już zanurzać się w świętowanie. Trzeba się powoli zbierać - ku Brazylii.

PS Damian i Iza ściskają mamę, Anetę i Amelkę oraz Gochę (spodnie cieplutkie, dzięki), Martę, Krisa i Piotra.
PS2 Podobnie jak Błażej z Agą i Dagmara i Przemek :)
























Mat i Karolina
2018-06-13
Falklandy

Z Malwinów na Falklandy, czyli z Argentyny do Wielkiej Brytanii
Ushuaia zimą jest właściwie jeszcze lepsza niż latem. Nie, żeby latem była mało urokliwa, to miejsce chyba zawsze jest wspaniałe, ale turystyczne miasta mają dla mnie największy urok po sezonie. Marina Afasyn prawie pusta. Poza nami tylko lokalni mechanicy remontują barki i robią drobne naprawy. Wśród nich jest też zainstalowanie nowego routera do internetu. Dzięki temu możemy w ciepłym pomieszczeniu biblioteki, głaszcząc czarnego kota, którego nazwaliśmy Ekspedycja, ściągnąć prognozę pogody. Ale to wszystko później.
Wcześniej było nasze przybycie. Ja, niżej podpisany, Błażej i Dagmara przylecieliśmy z końcem maja, żeby przejąć Selmę od Andrzeja. Ushuaia powitała nas srogo: mrozem i deszczem, a później śniegiem, ale Andrzej ciepłą herbatą i owsianką. Potem zmieniliśmy herbatę na whisky i tak przywitaliśmy się z Ziemią Ognistą, Końcem Świata czy też - jak lubimy mówić Zakopanem Południa, bo główna ulica Ushuaia jako żywo przypomina Krupówki. 10 dni czekania na pozostałą część załogi upłynęły nam na wizycie na lodowcu Martial górującym nad miastem - z Błażejem osiągnęliśmy szczyt. No prawie. Pewnie mądrzej byłoby zabrać raki, czekany i sprzęt wspinaczkowy, ale na to wpadliśmy później.
Większość czasu spędziliśmy jednak na spacerach, drobnych pracach przygotowawczych na Selmie i piciu patagońskiego piwa w pubie Dublin.
Na szczęście zanim sytuacja zrobiła się zupełnie dramatyczna przyjechała dziewczyna Błażeja - Agnieszka, moja żona Karolina i Przemo. Z Przemkiem poznałem się pół roku wcześniej i było to właśnie w Ushuaia. Nie spodziewałem się, że nasz następny raz również będzie tutaj. Tym razem jednak płyniemy na północ, a nie na południe. Załoga prawie w komplecie, ja kończę wysyłanie video (nawiasem mówiąc - jedyne miejsce w Ushuaia skąd można wysłać 40 Gb video to salon telefonii Movistar i ich bezpłatne wifi dla klientów - na życzenie podam bliższe namiary i hasło;), Błażej z Dagmarą gotują gulasz i wieczorem znów świętujemy szczęśliwe spotkanie z kolejnymi członkami załogi. W poniedziałek dołączył jeszcze nieoceniony Damian z Izą i po zrobieniu zakupów, nalaniu wody, i sztauowaniu ogromnej ilości drewna na drugą część remontu Selmy, po krótkiej odprawie wyruszyliśmy, w środę 06.06, Kanałem Beagla w kierunku otwartego oceanu. Beagla pokonujemy gładko na dużym kliwrze i silniku. Żegna nas jak zwykle przepięknym zachodem słońca, które skrzy się na ośnieżonych szczytach i małym stadkiem posilających się fok.
Na oceanie trochę cieplej, a my w miarę sprawnie podążamy bajdewindem do naszego celu na Falklandach - Port Stanley. Kiedy byliśmy w Ushuaia, były to argentyńskie Malwiny i Puerto Argentina. Im bliżej jesteśmy Wysp, tym bardziej brytyjsko musimy o nich myśleć. Na Falklandach słowo na M jest zabronione - podobnie jak w Argentynie słowo na F.
Dla nas wszystkich to będzie pierwszy raz na tych odległych wyspach. Morale u niektórych nieco podupada ze względu na fale i wiatr, ale z tym też sobie radzimy. Dobra owsianka, ciepłe risotto i doskonała opieka kapitana Błażeja powodują, że to wszystko to tylko część przygody, a nie udręka. Nawet jeżeli śpimy mało i mokniemy. Brytyjska mżawka jest zresztą ponoć dobra na cerę, a my już prawie dopływamy do Falklandów.
W niedzielę 10.06, popołudniem osiągamy Port Stanley. Witają nas delfiny i mgła. Po cumowaniu i odprawie u przemiłego urzędnika portowego, którego rodzina mieszka na Wyspach od 165 lat, idziemy do znajdującego się nieopodal pubu - Globe Tavern, a potem na kapitańskie steki. Dalsza część tego wieczoru obfitowała w śpiewanie, tańczenie i wszelkie swawole. Poniedziałek zupełnie wypadł nam z pamięci. Może poza spotkaniem z grubym, czarnym kotem przed lokalnym supermarketem (jednym z dwóch) - dzięki niemu poznajemy też Polkę, która mieszka tu ze swoim chłopakiem - biologiem morskim pracującym jako obserwator połowów. Ona sama jest zaś poetką, malarką i opowiadaczem bajek. Spędzimy z nimi jeszcze więcej czasu, tymczasem powoli przygotowujemy się do największego święta na Falklandach - Liberation Day, które upamiętnia wkroczenie wojsk brytyjskich na Falklandy w odpowiedzi na argentyńską inwazję w 1982 roku.
Wojna zostawiła na Falklandach ślady - niektóre całkiem namacalne, jak miny przeciwpiechotne wciąż zalegające na plażach, inne zupełnie niewidzialne, ale bolesne. Wielu mieszkańców pamiętających konflikt i trwającą 74 dni okupację wciąż zmaga się z traumatycznymi wspomnieniami.
Młodzi z kolei chcą Falklandów wychylonych w przyszłość, nastawionych na edukację, ekologię i turystów. Falklandy - dla Argentyny, Wielkiej Brytanii i całego świata trafiły na mapę dzięki wojnie. Od kilku lat trafiają jednak tam także dzięki swojej unikatowej florze i faunie i trosce o środowisko naturalne. Ich tożsamość to już nie tylko wojenna trauma, ale przede wszystkim życie blisko natury, pielęgnowanie wspólnoty, która pomaga sobie, nie spieszy się i ceni w życiu proste przyjemności. Nikt tu nie zamyka drzwi, nie ogląda się za siebie na ciemnej ulicy.
Nawet młody żołnierz, który razem ze swoim przełożonym odwiedzili naszą łódkę (po prostu zeszli z Globe Tavern w radosnym stanie i trafili do doku East Jetty, gdzie stoimy), podkreślał, że chociaż jest szalenie dumny, że należy do tej samej jednostki, która przed laty wyzwalała Wyspy, on sam odkreśla przeszłość grubą kreską. Trzeba oddać cześć weteranom i upamiętnić poległych, ale przyszłość to raczej natura niż kultura wojny. Falklandy chcą żyć dalej swoim brytyjskim, prowincjonalnym życiem - chodzić do pubów, jeździć na wycieczki terenówkami po błocie, robić na drutach, malować i pytać w lokalnych grupach na FB: “Czyja to kura chodzi po moim ogródku?”. Bo to, co dla nich najważniejsze - to święty spokój.
ps. Żołnierze brytyjscy nie mogli się nadziwić, jakim cudem my się myjemy w takiej małej łazience. A kiedy dotknęli mojego śpiwora, zawyrokowali: “O, to bohater!”. I przestali się skarżyć, że musieli się kisić w wojskowym samolocie przez 10 godzin. Tak oto polska załoga okazała się twardsza niż brytyjskie wojsko.



















Mateusz Kubik
2018-05-24
Ushuaiazgodnie z planem
Pobudka dla kambuza o 0730. Reszta wstaje o 0800. Szybkie "płateczki" zwane przez skippera Andrzeja "paszą". Zjadamy i do roboty. Po 1030 jesteśmy odprawieni, a o 1130 zaczynamy prace porządkowe. Prawie rozbieramy Selmę na części. Wybieramy wodę z zęzy, myjemy podłogi i gretingi, składamy i pakujemy ponton. Wyparzamy wszystkie naczynia, toalety, generalnie praca wre do 1600. Dajemy radę. Kończymy i zaczynamy grupami wychodzić "na Krupówki", czyli do centrum Ushuaia. Niektórzy, pozostający do 26.05. przeprowadzają się do hotelu. Ot, rejs się skończył i rozchodzimy się...
Rejs Śląskiego Yacht Clubu nadal trwa. Nadal realizujemy podstawowy cel - propagowanie żeglarstwa wśród osób niepełnosprawnych. Mamy nadzieję, że udowadniamy niedowiarkom, że niepełnosprawni mogą być pełnoprawnymi członkami załogi. Zainspirujemy niewidomych do wyruszenia na swoje "Horny".
Jeśli będziecie nas potrzebować, znajdziecie pomoc. Nie tylko w Śląskim Yacht Clubie. Wierzymy, że żeglarska brać będzie szeroko wspierać pływanie osób niewidomych.

Czas na podziękowania...
Dziękujemy:
W imieniu Śląskiego Yacht Clubu - Gosi, Piotrowi i Krisowi, właścicielom Selmy, za zgodę bez chwili wahania na taki rejs.
Andrzejowi Pochodajowi - skipperowi w naszym rejsie, za życzliwość i serdeczne podejście.
Załodze za to, że byliśmy Załogą - bez podziałów, ot tak po prostu!
Naszym partnerom - Fundacji Lotto i firmie Euvik za wsparcie finansowe dla Zobaczyć Horn.
Rodzinom, za cierpliwość i wiarę w projekt oraz ciągłe wsparcie.
Żeglarzom z całego świata za dobre słowa i propagowanie żeglarstwa osób niewidomych, głównie poprzez udostępnienia.
Osobiście - Dziękuję moim przyjaciołom z SYC-u, bez Was nie byłoby tego rejsu!
Romkowi Roczeniowi - za inspirację, bez Twojego "ten Horn to nie dla mnie" - nie zrobiłbym tego co robię.

Fajnie, że się nam udaje, na podsumowania przyjdzie czas po powrocie i wydaniu wspomnień Oli i Darka.
Płyniemy dalej!!!

Jacek Załuski
2018-05-23
Puerto Williams...niby nic, zwyczajne pa, pa, pa...

Rano szybkie śniadanie i ruszamy na odprawę w Puerto Williams. Zadomowiliśmy się tutaj. Mamy znajomych. Większość (nawet nieznajomych) wita się, kłania, macha ręką. Pieszo, samochodem, cywile czy wojskowi, dorośli czy młodzież, wszyscy są serdecznie nastawieni. Ola i Darek wzbudzają dobre emocje. Gdy opowiadamy o "Zobaczyć Horn", ludzie w Chile są pełni podziwu. Nie mogą uwierzyć, że daliśmy radę, gratulują. W urzędach traktują nas troskliwie i z zaciekawieniem, zagadują. Dużo uśmiechu wokół naszego rejsu "Zobaczyć Horn". Wzmacniamy to rozdając dzieciom smycze, jojo, balony i opaski odblaskowe przekazane przez firmę Euvic. Dzieciaki szaleją, przybiegają z prośbą o jakiś drobiazg dla kolegi czy brata, choć generalnie nie są nachalne. Nigdy o nic nas nie prosiły wcześniej. Ot, po prostu, pamiętają o swoich...
Odprawiamy się do ok. 1200. Zdążyliśmy jeszcze wysłać relację z "Zobaczyć Horn" na FB Śląskiego Yacht Clubu. Wracamy na Selmę i w drogę do Ushuaia. Pogoda nadal "w kratkę", płyniemy po spokojnej wodzie i udaje się zrobić kilka dobrych zdjęć panoramicznych. Pod pokładem kambuz "floty zjednoczonych sił" dokonuje cudu. Placek po węgiersku. O ile z mięsem nie ma problemów - ścinki z mięsa przygotowywanego na wieczornego grilla są w wystarczających ilościach, o tyle zrobienie placków bez jajek i z dwoma małymi cebulami jest dla niektórych wątpliwe. Kambuz wychodzi zwycięsko z tej próby, a niedowiarki mają dosłownie zatkane usta - plackami. I zawiesistym, aromatycznym gulaszem. W tym czasie (gdy pod pokładem kończymy piec placki) cumujemy w AFASYN w Ushuaia. Szybko uzupełniamy zapasy w pobliskim supermercado. Nie bez problemów. Okazało się, że aby zapłacić kartą kredytową musimy mieć ze sobą paszporty. Nie mamy. Zostały u Andrzeja do jutrzejszej odprawy w Argentynie. Na szczęście mam zdjęcie paszportu w telefonie. To wystarcza. Polecam więc, miejcie zdjęcie Waszych dokumentów. Przydają się!
W kubryku w AFASYN grill już pracuje. Zapach mięsa czujemy już z drogi dojazdowej. Wspominamy rejs przy kilku butelkach dobrego wina. Już można. Pamiętamy o odprawie (znowu ok.0930...) i pracach porządkowych. Samo się nie zrobi...

Relacjonował Jacek Załuski
2018-05-22
Puerto Williams... gaz do dechy ...

W końcu Ferrari zobowiązuje. Ruszamy wcześnie rano. Mamy w planie jak najszybsze dotarcie do Puerto Williams. Nasz projekt - Zobaczyć Horn pozostawał zbyt długo niemy. Bez dostępu do internetu nie mamy szans na podzielenie się z Wami naszymi filmami i zdjęciami. No to silnik w ruch. Perkins Selmy wesoło niesie nas przez szerokie kanały Beagla wspomagany żaglem i słabym wiatrem. Po lewej burcie, przez chwilę majaczy Ushuaia.
Kiedy wreszcie Chile i Argentyna porozumie się w sprawie tych pustych przebiegów, które robimy? Wracając z kanałów Beagla musimy zawinąć do Puerto Williams, by odprawić się do Ushuaia. Kołowrót nie przynoszący nikomu korzyści. Choć... Zostawmy to. Ważna jest droga, a ta daje nam niezapomniane przeżycia. Ten sam kanał jest codziennie inny.
Wystarczy inne światło, pogoda, a nawet nastój patrzącego. Impresja. No to chłoniemy dosłownie wszystkimi zmysłami. Przestaliśmy się dzielić na wachty, pływa kto chce, nikt nie narzeka na uciążliwości. Za sterem, jak poprzednio Stringer (Darek) i Ola. Jak oni to robią? Otóż osoba widząca podpowiada korekty kursu. Trzymanie tego kursu pozostaje jednak tajemnicą Oli i Strigera. Mają niewątpliwie wyostrzony zmysł słuchu. Darek potrafi przerwać gwałtownie rozmowę pytając "co się dzieje z silnikiem?". Odpowiedź, "wszystko okejos" nie zadowala go. Okazuje się, że na pokładzie rozwinięto kliwra. Dariusz usłyszał różnicę w pracy odciążanego silnika. To tylko jeden z niezliczonych przykładów.
Do Puerto Williams dochodzimy po 1300. Część załogi ruszyła na pobliską górę Cerro del la Bandiera. Zdobycie szczytu zajęło im 3,5 godziny. Zziajani, ale szczęśliwi wrócili do Puerto. Grupa Ola, Darek, Piotr i Jacek ruszyła w poszukiwaniu dobrego dostępu do internetu. Udało się. Resto Del Sur w centrum gwarantuje świetny przesył i niezłą kuchnię. Podajemy kod potomnym: RestoDelSur2018. Obsługa mówi po angielsku. Miła. Spotykamy się w Micalvi. Biesiada po 2300 przenosi się do kokpitu Selmy. Około 0100 lądujemy w kojach. Jutro odprawa o 0900.

Gremialnie pozdrawiamy wszystkich.

Relacjonował Jacek Załuski
2018-05-20
Zatoka Julia
Cała załoga na pokładzie z lodowcem Guilcher w Seno Pia w tle. Leżą od lewej: Andrzej i Maciek, a pochylone nad nimi Justyna i Gosia. W drugim rzędzie od lewej: Robert, Krzysiek, Darek i Piotr. Z tyłu od lewej: Dominik, Michał, Andrzej i Jacek. fot.Maciej Kozdra.

... niedziela była dla nas...

Zatoka Julia. Stoimy na kotwicy od wczoraj. Niedziela zaczyna się po 9ej. Bliżej 10ej. Śniadanko :) Przeciągające się przygotowania do zejścia na ląd. Pogoda nas nie rozpieszcza. Niebo całkowicie zakryte ciemnymi chmurami. Pod koniec dnia zaczyna się deszcz przechodzący w mżawki.
Nie bacząc na to lądujemy na wyspie na trzy tury. Dwie wspinają się zawodowo, w kilka godzin pokonują sporą część otaczających nas górek. Trzecia skromniej, ale też w góry - to nasi niewidomi żeglarze Ola i Darek. Poznają roślinność, dzielnie się poruszają w tym świecie mokradeł i torfowisk. Są oczarowani przyrodą, podobnie jak pozostała część załogi. Wszyscy wracają pełni wrażeń. Dla wszystkich to kolejny, najlepszy dzień rejsu z kolejnym najlepszym lasem i najlepszymi górami. Ziemia Ognista jest na prawdę przepiękna, a nam dana jest możliwość eksplorować jej najciekawsze i najbardziej niedostępne rejony.
Po powrocie na Selmę długo wyczekiwana przyjemność - kąpiel. Pachnący siadamy do obiadokolacji - najlepszej na świecie wołowiny. Co prawda Piotr Kuźniar płakałby gdyby widział lomo w takiej postaci... Mimo to było pysznie, a niezawodnie dobre wino zamknęło całość uczty tak obfitej, że na wieczorną część słodyczy nie było amatorów. Kambuz Andrzeja i Maćka na szóstkę plus!
Opowiadamy załodze o szczegółach projektu Zobaczyć Horn, o roli jaką w nim odegrał Wrzaskun - DZ-ta Śląskiego Yacht Clubu, wspominamy przyjaciół żeglarzy - wieczorna duchowa biesiada przy herbatce miętowej (pamiętajmy o obfitości kolacji...). Rozchodzimy się w świetnych humorach, wypachnieni i niewyobrażalnie objedzeni do koi. Czas na sen. Jutro ruszamy ku dalszym przygodom.

Pozdrawiamy czytelników, ZH kolegów z SYC i Zobaczyć Morze, Romka Roczenia - kiedyś będziesz na swoim Hornie!


Zobaczyli Horn, zobaczyli i lodowce - Justyna i Darek w Seno Pia, fot.Piotr Niesobski


Piotr, Justyna i Darek na spacerze, fot.Piotr Niesobski

Jacek Załuski
2018-05-19
Seno Garibaldi
W lodzie, fot.Maciej Kozdra

... wszystko płynie...

Następny, podobny do poprzedniego dzień. Czyli piękny. Docieramy do czoła lodowca Garibaldi. Stoimy w kaszy lodowej, wokół growlery. Przed nami schodzący do wody jęzor olbrzymiego lodowca. Robimy mnóstwo zdjęć. Wciągamy Maćka na grotmaszt i z tego miejsca robi on zdjęcia. Łowimy kawał pływającego lodu. Po chwili ląduje on w szklaneczkach. Lód szlachetny, łycha słaba - daje to bosko smakujący, szlachetny trunek. Tym cenniejszy, że jest go strasznie, okropnie mało!
Oczywiście, że w czasie pływania nie pijemy alkoholu! Malusieńka, degustacyjna porcyjka jedynie potwierdza tą regułę. Po niezliczonych zdjęciach ruszamy do zatoki Julia. Tam stajemy na noc. Seans filmowy jest obowiązkowy. Tym razem teatr telewizji "Rozmowy przy wycinaniu lasu" Tyma. Bawimy się świetnie. Milknące rozmowy w naturalny sposób rozpraszają towarzystwo po kojach... Wachty kotwiczne i sen. Jutro niedziela. Leniwa!!!

Wszyscy pozdrawiają wszystkich.

Odpychamy, fot.Maciej Kozdra


Stoimy w lodzie fot,Maciej Kozdra


Justyna w Seno Garibaldi, fot.Piotr Niesobski


Darek w Seno Garibaldi, fot.Piotr Niesobski


Kolonia lwów od wody aż po drzewa, fot.Małgorzata Czarnomska

Relację składał Jacek Załuski
2018-05-18
Calleta Olla
Zamarźnięty Seno Pia fot. Michał Polak

..czekam na wiatr co rozgoni...

Wstajemy wcześnie. Właściwie jest ciemna, nadal gwieździsta noc. Zatoka Olla (czytaj Oja) skuta cienka warstewką lodu. Pokład też... Zaczynamy od polewania go wodą. Efekty raczej średnie, zamarza, ale jest bezpieczniej. Ponton na wodę i zbieramy cumy rufowe. Nawet nie próbujemy ich pakować do worów. Zamarzłyby na kamień, leżą na pokładzie i przesychają w oczekiwaniu na słońce. Ruszamy w kierunku lodowców Seno Pia. Pogoda nie rozpieszcza nas jak wczoraj. Jest ciemno i gwiaździście. Na szczęście nie pada.
Pierwsze podejście do lodowca kończy się niepowodzeniem. Fiord jest do połowy zamarźnięty, a zbyt gruby lód nie pozwala na wejście w głąb ani jednej, ani drugiej z odnóg. Wycofujemy się. Zmiana planów. Płyniemy na Isla Gordon. Tam w Caleta Voilier jest czysta woda. Stajemy na kotwicy. Zaświeciło słońce i świat znów błysnął kolorami.


Caleta Voilier fot.Andrzej Pochodaj


Caleta Voilier fot.Andrzej Pochodaj

Z jednej strony zielone zbocza ostro opadających do wody gór porośnięte nieprzebytym lasem oraz wodospad. Od strony dziobu zamarznięty brzeg z oszronionymi drzewami. Z drugiej strony mix tych dwu kompozycji, góra biała, a zbocza zielone. A za rufą piękna panorama z górami i lodowcami zachęca do fotografowania. Sesja trwa w najlepsze. Grupa lądowa w składzie Gosia, Andrzej, Maciek, Robert, Dominik i Michał rusza w kierunku widocznego wodospadu. Wracają po prawie dwu godzinach pełni wrażeń. Zmęczeni i z fantastycznymi zdjęciami z porastającego brzegi dzikiego w pełnym tego słowa znaczeniu lasu.


Dominik, Michał i Robert w dziewiczym lesie, fot. Andrzej Zawada

Pod pokładem czeka zupa. Gorąca i ostra. Daje siły do dalszych działań. Oglądamy zdjęcia z lodowców z różnych stron świata, prezentowane przez naszego skippera - Andrzeja. Przy okazji odkrywamy wspólnych znajomych (pozdrawiam Cię Radku!).
Przygotowyjemy słodkie przekąski (Kozdra to robi z lubością) i zasiadamy do jeszcze słodszego filmu - Mój przyjaciel Hachiko. Sami sobie zobaczcie... Wyznaczamy wachty kotwiczne i spać! Jutro ma przyjść w nocy silny wiatr i wiać do 1000.
Dobranoc.

Pozdrawiamy i wspominamy wszystkich z którymi wcześniej pływaliśmy. Życzymy by i Wam było kiedyś dane być w tak fantastycznych miejscach.
Do jutra!

Pisał Jacek Załuski
2018-05-17
Calleta Olla...droga sama zaprowadzi Cię...


Beagle fot.Andrzej Pochodaj

Rano ruszamy do Calleta Olla. Mijamy z oddali, po prawej burcie, Ushuaię i płyniemy kanałem Beagle'a. Mocno spłycone... Po całkowicie gładkiej wodzie suniemy amfiladą przepięknych, ośnieżonych szczytów. Pojawiające się słońce malowniczo przeziera przez chmury doświetlając niektóre partie gór, tworząc nieprawdopodobne, impresjonistyczne obrazy zmieniające się z każdą chwilą. Chmury nie pozostają bezczynne, przelewając się przez wierzchołki gór pozostawiają kłaki na szczytach lub zlewają się w stronę wody szalonymi kaskadami. Jest ciepło, na deku kwitnie życie towarzyskie, gitara, śpiewy.
Niebanalny "lanczyk" dodaje nam wigoru. Ola, Piotr i Michał w kambuzie wyraźnie nadążają za klimatem na zewnątrz. Pożywne i bogate w różnorodne wiktuały śniadanie szybko przechodzi do historii pobite przez rzeczony lanczyk. Tutaj pojawiają się grzanki. Niewidomy Darek z lubością steruje przez ponad trzy godziny.
W doskonałych nastrojach dopływamy do celu - zatoki Olla. To niezwykłe miejsce budzi zachwyt załogi zwielokrotniony po wylądowaniu na jej brzegach. Jesteśmy w środku przepięknej, bajkowej krainy. Część załogi maszeruje w kierunku lodowca wiedząc, że nie dojdą do jego czoła. Wracają podekscytowani.


Lądowanie na plaży fot.Maciej Kozdra

Nasi niewidomi podopieczni pozostają na plaży ze swoimi opiekunami. Tutaj też jest ciekawie. Co chwilę "brajlują" czyli dotykają, a to roślinność, a to leżące potężne konary drzew na brzegu, a to wielkie kłody powalonych przez siły przyrody drzew. Przeprawa przez rzeczkę, szkielet foki czy wielość tropów zwierząt pobudzają dodatkowo wyobraźnię i zachęcają do rozmów.


Calleta Olla fot.Michal Polak

Ziemia Ognista zachęca do eksperymentu. Zapalamy ogień na brzegu. Drewno leżące na plaży, mimo iż wygląda na przemarznięte, pokryte wielkimi kożuchami szronu, pali się wesołym płomieniem. W otoczeniu oszronionych drzew i krzewów, przy oszronionych porostach oraz zalegających ciągnącymi się długimi pasami wzdłuż plaży wielkimi muszlami, ten ogień dodaje radości życia. Wracają "niskopienni górale" z wycieczki biało-czerwonym szlakiem (tak tu jest oznaczone wejście na szlak do lodowca). Chwila przy naszym małym ogienku. Bez radości gasimy go dogaszając gałązki w wodach zatoki. Wracamy na pokład. Tu czeka nas bife di lomo z ziemniaczkami i surówką z marchewki. Mała buteleczka szampana zaległa na potem od Hornu dodatkowo dodaje smaku kolacji. Siedzimy w mesie rozmawiając do 2200. Nocne wachty kotwiczne są dalszym ciągiem atrakcji tego przepięknego dnia. Nad nami przepięknie rozgwieżdżone, czyste niebo. Takiej Drogi Mlecznej nie zobaczycie nigdzie indziej, wprost spada na głowy całą feerią gwiazd.
Rano czeka nas start do Seno Pia i atrakcje innego rodzaju - lodowce.

Pozdrawiamy Czytelników.
Podziękowania za wsparcie rejsu Śląskiego Yacht Clubu należą się fundacji Lotto, dziękujemy, że dajecie nam przeżywać takie chwile.

Pisał Jacek Załuski
2018-05-16
Puerto Williams...nic dwa razy się nie zdarza... Czy na pewno?

Cały długi dzień z rozkapryszoną pogodą do Puerto Williams. Nóżka za nóżką. Wiatr w porywach do 55kn, by chwilę później spadać do 5kn, do zera... Flauta, która doprowadza sternika do palpitacji serca, przechodzi po 10-20 minutach w porywisty wiatr. Trwa on 2-3 minuty i znowu gaśnie. Wystarcza by zagrozić niekontrolowanymi zwrotami. Praca na sterze na cały etat. Do tego deszcz lub mżawka do wyboru.
Humory wyśmienite. Nikt już nie choruje, apetyty dopisują. Świetne śniadanie w wykonaniu Andrzeja i Dominika. Muzyka, rozmowy w mesie umilają czas. Nawet zmęczone wachty sterowe nie kładą się w ciągu dnia spać. Życie na pokładzie wraca do normy.
Późnym popołudniem stajemy w Puerto Williams. Andrzej błyskawicznie uzyskuje odprawę na kanały Beagla. Kąpiele w Micalvi, internet w znajomym już hostelu i niespodziewane spotkanie z Gubernatorem wyspy Navarino. Przemiły Pan Juan Arcos Srdanovic zaprasza nas na przejażdżkę swoim pickapem po Puerto Williams. Z dużą sympatią i znawstwem wypowiadał się o Janie Pawle II i jego roli w zażegnaniu konfliktu chilijsko-argentyńskiego. Miał świetną orientację o roli polskiej husarii pod Wiedniem oraz z wielką sympatią wypowiadał się o ruchu "Solidarność" w latach 80-tych. Jego rozległa wiedza zrobiła na nas olbrzymie wrażenie. Zaprosił nas na fantastyczną kawę do kawiarni przy porcie jachtowym. Po ponad godzinnym spotkaniu odwiózł nas do Micalvi i serdecznie wszystkich wyściskał na pożegnanie. Wcześniej w bardzo sympatycznych słowach wypowiedział się o naszym projekcie "Zobaczyć Horn" - wzbudził on jego duże zainteresowanie i uznanie. Niewątpliwie słowiańskie korzenie Pana Srdanovica mają tu zasadnicze znaczenie. Po prostu słowiańska dusza.


Spotkanie z Senhorem Juanem Arcos Sardanovic Gubernatorem Isla Navarino fot.Piotr Niesobski

Na pokładzie czekała pyszna obiadokolacja - gulasz wołowy z kaszą gryczaną i ogórkami. Pycha! Jutru przed nami Calleta Olla. Jedna z bardziej malowniczych zatok w kanałach Beagla. Pojutrze lodowce Seno Pia. Zapowiada się uczta dla fanów fotografii...

Ola, Darek, Piotr i Jacek z Zobaczyć Horn dziękują za wsparcie firmie Euvic.
Pozdrawiamy brać ze Śląskiego Yacht Clubu.
Cała załoga jest myślami z najbliższymi.
Jutro nowy, ciekawy dzień przed nami. A więc do jutra!

Jacek Załuski
2018-05-15
2000
W drodze do Puerto Williams...stało się...

Zacznę od najważniejszego, o 1547 opłynęliśmy Cape Horn.
Ab ovo.
Dzień upływał pod dyktando wiatru. W planach mieliśmy Horn ok. 0900. Warunki na Cape Horn rządzą planami żeglarzy. Tym razem było jak zwykle, plany planami, a życie życiem.
Przywiało, częste halsy i mordewind spowodowały kilkugodzinne opóźnienie naszych planów. Wysoka fala wyleczyła nas z lądowania na wyspie Horn. Ta część programu pozostanie niezrealizowana (na potem). Na Hornie, radość, zdjęcia i symboliczny kielich wylany za burtę dla Posejdona. Liczymy na jego łaskawość w dalszym żeglowaniu. Świętowanie odkładamy do Puerto Williams. Dalej w drogę. Noc deszczowa i z porywistym, nagle gasnącym wiatrem. Idziemy do Puerto Williams po następną zarpę na lodowce i kanały Beagla.

Pozdrawiamy.


Żegluga pod Hornem, fot.Michał Polak


Dwa Horny, fot.Maciej Kozdra

Załoga.
2018-05-15
1547
Cape HornUprzejmie donoszę, że 15 maja 2018 roku o godzine 1547, wietrze 25-40 węzłów z WSW i prędkości 8-10 węzłów załoga Selmy Expeditions w składzie Justyna i Darek, Jacek i Piotrek, Krzysztof i Robert, Dominik, Michał, Andrzej, Maciek oraz piszący te słowa AP - skipper III klasy strawersowała Przylądek Horn w odległości niecałej mili po 30 godzinach żeglugi od wyruszenia z Puerto Toro.


Dopływamy do Cabo de Hornos. Rząd górny od prawej: Gosia, Andrzej i Michał. Rząd środkowy od prawej: Justyna i Darek, Dominik i Robert. Rząd dolny od prawej: Maciek, Krzysztof, Piotrek i Jacek. fot.Andrzej Pochodaj

Skipper III klasy
2018-05-14
2000
Kanał Beagle...w poniedziałek, w poniedziałek ja nie mogę, bo...


Justyna i Darek fot.Piotr Niesobski

Ranek budzi nas pachnącym śniadankiem - jajecznicą i kawą. Pokład pokryty cieniutką warstwą lodu. Zaczynamy od zlewania go wodą zaburtową. Wiadra w ruch! Schodzimy z kotwicy oraz cum i ruszamy w rejs pozostawiając za sobą opustoszałe Puerto Toro.
Mimo zapowiedzi pogoda kapryśna. Słaby wiatr, przechodzący w porywy powoduje, że włączamy i wyłączamy silnik. Dochodzi przechodni deszcz i mżawka. Skisła pogoda, bez słońca. Widać nadchodzącą zimę. Noc jest jeszcze gorsza. Mazury, ciągłe halsowanie. wiatr 20-35 węzłów. Walka o kolejne mile i wysokość. Do ogólnej atmosfery należy dodać chorobę morską, która dopadła niektórych z nas. Wszyscy dużo śpią. Niewidząca część załogi radzi sobie świetnie. Pracują za sterem, pomagają w kambuzie. Czas upływa leniwie i bez większych atrakcji. Żeglarstwo to sztuka cierpliwości. Szykujemy siły na Horn. Mamy nadzieję, że to już jutro.


Przed zmierzchem fot.Piotr Niesobski

Jacek Załuski
2018-05-14
1400
Kanał Beagle14.05. g. 14.05. Dzisiejszy dzień zaczął się przed świtem jajecznicą na boczku i cebulce :) Później wyjście z Puerto Toro, postawienie bezana, grota z dwoma refami i kliwra. I tak żeglujemy sobie przy wietrze 20-30 węzłów z południowego-zachodnu (zamiast zapowiadanych 9-15 - cóż, tak tu już jest z prognozami). Czeka nas jeszcze halsówka, aby okrążyć wyspy Wollaston od zachodu i jutro rano wyjść kursem na Przylądek Horn. Ano zobaczymy ;)

To pisałem ja - AP - skipper III klasy.

.
2018-05-13
Puerto ToroBudzimy się jak to w niedzielę...
Niestety nie. Trzeba w tempo. Śniadanie i do roboty. Musimy spełnić rygorystyczne warunki otrzymania zarpy, czyli zezwolenia dającego prawo na poruszanie się po wodach terytorilnych Chile. Na pontonie w grupach przepływamy na częściowo zatopiony statek, będący obecnie muzeum i jednocześnie siedzibą klubu Micalvi. To wygodna i powszechnie stosowana przez przypływające tu jachty metoda wyjścia na ląd. Ruszamy do Armady po zezwolenia. Muszą iść wszyscy. Wojsko i urzędnicy w Chile bardzo poważnie traktują swoje obowiązki. Po spełnieniu obowiązków wyraźnie się rozluźniają i życzliwie zagadują.
Musimy znaleźć jednego z urzędników. Nie ma go w jego biurze. Telefon nie odpowiada. Andrzej rusza na poszukiwania. Reszta załogi próbuje znaleźć miejsce by wypić kawę. Centrum osady jest martwe. Na ulicach nie ma ludzi. Dwa hostele jeszcze nie pracują, bo obsługa śpi... Zupełnym przypadkiem trafiamy na przesympatycznych ludzi. Zapraszają nas do swojego hostelu na kawę, spędzamy czas na pogawędce. Dostajemy dostęp do słabego, ale działającego internetu. Piotrek z Jackiem mogą wreszcie przesłać zdjęcia i relacje "Zobaczyć Horn". Uzupełniają relację na fb. W tym czasie zapraszamy naszych gospodarzy na Selmę. Przyjmują je z olbrzymią radością. Na pokładzie zaroiło się od dzieci.
Dorośli zachwyceni. Darek, Piotr i Jacek pozostali w hostelu walcząc z netem. Nasi nowi przyjaciele byli tak mili, że odwieźli chłopaków samochodem do Micalvi gdzie czekał na nich ponton. Jesteśmy w komplecie.
Ruszamy do Puerto Toro. To mała osada rybacka. Tu pozostajemy na noc na kotwicy. To dzięki wachcie kotwicznej powstał ten tekst. Jednak zanim zakończymy tą relację - wieczór skończył się "wielkim żarciem". Od rybaków kupiliśmy kraby. Niestety nie było największych - królewskich, ale ich mniejsi pobratymcy byli równie pyszni. Do tego Malbec dopełnił tej ferii smaków. Wachty kotwiczne mijają leniwie i spokojnie. Rano ruszamy w stronę Cape Horn.


Micha krabów fot.Piotr Niesobski

Pozdrawiamy wszystkich czytających nasze relacje i zachęcamy do obserwowania strony Śląskiego Yacht Clubu relacjonującego nasz rejs z perspektywy trwającego projektu Zobaczyć Horn.
Do jutra!

Jacek Załuski
2018-05-12
Kanał BeaglePo formalnościach paszportowych i odebraniu specjalnie dla nas wypiekanego chleba (dwukrotnie lądował w piecu...) ruszamy z Ushuaia. Przed nami Puerto Williams.
Jednak po drodze nie brakuje atrakcji, dwie wysepki - jedna z koloniami lwów morskich i druga z kormoranami. Zgadnijcie jakie mają kolory. Oczywiście lwy mieszkają na brązowo-zielonkawej, a kormorany na białawej. Koloryzują oczywiście odchody. Chwilę później spektakl zapewniają wieloryby. Trzy dorodne osobniki płyną obok Selmy przez ponad 20 minut. Towarzyszą im foki. Mamy wszystko, pokazywane płetwy boczne, przelewające się leniwie olbrzymie cielska, fontanny wody i dźwięki głośno wydychanego powietrza. I co jakiś czas pojawiające się płetwy ogonowe tych olbrzymów.


Lwy i kormorany fot.Michał Polak

Na spokojnej wodzie, silniku, płynąc z prądem zmierzamy do celu dzisiejszego dnia. Jednocześnie pierwsze szkolenia na pokładzie, prace na żaglach, zasady bezpieczeństwa c.d. (podstawy były jeszcze przed wyjściem z portu). Wieczorem stajemy na boi. Wspaniałe lomo (najszlachetniejsza część słynnej argentyńskiej wołowiny). Jest i buteleczka czerwonego wina, która zwieńcza ten miło upływający dzień.

Jacek Załuski
2018-05-11
Ushuaia...aby zacząć przygodę, wystarczy włożyć buty i wyjść z domu...

Wieczorem 11 maja cała załoga w komplecie stawiła się na pokładzie Selmy. Olbrzymie pokłady energii. Wszyscy podekscytowani i gotowi do rejsu. Wcześniej przyjeżdżający pomogli skipperowi - Andrzejowi w zakupach i klarze jachtu do drogi. Jako ostatnia dotarła grupa żeglarzy ze Śląskiego Yach Clubu realizująca od ponad dwóch lat projekt "Zobaczyć Horn". Na pokładzie pojawili się niewidomi: Justyna (Ola) Kucińska i Dariusz Borowiak. To doświadczone wilki morskie pływające z fundacją "Zobaczyć Morze" (pozdrawiamy Romka Roczenia). Teraz po wspólnym pływaniu w kilku rejsach ze Śląskim Yacht Clubem zostali zaproszeni na rejs hornowy. To oni przywieżli z sobą największy ładunek emocji. Bardzo mocno przeżywają tą przygodę, a do kulminacji zostało jeszcze kilka dni. Jako opiekunowie pojawili się Piotr Niesobski i Jacek Załuski. Cała załoga w składzie Małgorzata, Damian, Andrzej, Michał, Maciej, Krzysztof i Robert od początku fantastycznie przyjęła Olę i Darka.

Jacek Załuski
2018-05-07
Ushuaia

Ostatni dzień rejsu
Wczorajszego dnia podziwialiśmy siedem żaglowców (chilijski, argentyński, meksykański, brazylijski, dwa wenezuelskie i jeden hiszpański). Oświetlone stanowiły wspaniałe tło za oknem dla naszego wieczorku pożegnalnego. Następnego dnia od samego rana orkiestra grała, a żaglowce po kolei żegnały port. Także paradą rejową. Mogliśmy je podziwiać czekając na odprawę. A później kilka godzin sprzątania, klarowania, pakowania... i pierwsze pożegnania.






Żaglowce fot.Jolanta Fabiszewska

Skipper III klasy
2018-05-06
Ushuaia
Czekanie, fot.Jolanta Fabiszewska

Ranek strawiliśmy na odprawach, procedurach i kwitach. Droga do Ushuaia wyjątkowo przyjemna na silniku przy zupełnie bezwietrznej pogodzie, jakże odmiennej niż wczorajsza. Po drodze spotykaliśmy stadka lub pojedyncze foki baraszkujące lub śpiące w wodzie. No i ostatnie wieloryby :) Po południu zawinęliśmy do AFASYN w Ushuaia. I tak dobiegł kres naszej podróży.


Foka, fot.Jolanta Fabiszewska


Wieloryby, fot.Jolanta Fabiszewska


Wieloryby, fot.Jolanta Fabiszewska

Jutro sprzątanie, klarowanie, pakowanie, zakupy prezentów i pamiątek...

Skipper III klasy
2018-05-05
Beagle
Beagle, fot.Jolanta Fabiszewska

Rankiem pożegnaliśmy "Lady Twin" i gnani zachodnim słabnącym fordewindem 40-20 węzłów popłynęliśmy do Puerto Williams, gdzie w wchodziliśmy w stadko "optymistów" trenujących przed regatami. A wszystko działo się pod bacznym okiem ratowniczego RIBa chilijskiej Armady.

Skipper III klasy
2018-05-04
Kanał Beagle
W Yendegaia, fot.Jolanta Fabiszewska

03-04.05.2018 Dziesiąty dzień rejsu.
Po nieudanej (wskutek silnego wiatru w dziób) próbie dopłynięcia do lodowców stoimy w pięknej zatoce Yendegaia. W dniu wczorajszym po zacumowaniu udało się co poniektórym rozdrażnić lwy morskie z pontonu, a wieczorkiem w świetnych humorach gościliśmy na kolacji załogę Lady Twin - Anię i Darka. Pyszny wieczór z opowieściami o różnorakich rejsach, cielących się lodowcach, ciepłych rajskich zakątkach świata, które odwiedzała Lady.


Lew, fot.Jolanta Fabiszewska


Rozdrażniony lew, fot.Jolanta Fabiszewska

Żeby załodze nie przychodziły do głowy głupie myśli, Andrzej zaplanował karkołomną wycieczkę w nieznane, bez map namiarów i celu. Podobno mieliśmy dojść do lodowca, w połowie planowanej drogi za kolejną obiecaną przełęczą z lodowcem połowa składu wycieczki odpadła i pomimo protestów reszty zawróciła. Pozostali upaprani w błocie „po pachy” z poważną zadyszką dotarli do kolejnej przełęczy z której były podobno kolejne 7 km do celu i tu patrząc na zegarki, czując głód w trzewiach po wypiciu ciepłej herbatki z rumem przygotowanej przez przewidującą Anię, ruszyliśmy w drogę powrotną. Jednakże widoki, stada dzikich koni, jagody calafate zrekompensowały trochę brak osiągnięcia celu. Andrzej jak zwykle zamęczył swoją „gnuśną, leniwą i opieszałą” załogę, ale to mu zapewniło spokojny wieczór. A na jachcie czekała na nas pyszna zupa gulaszowa autorstwa Krzysia zwanego Wojciechem.


Tęcza, fot.Jolanta Fabiszewska

Jolanta Fabiszewska
2018-05-01
Cabo de Hornos
Zbliżamy się do Hornu, fot.Andrzej Pochodaj

Meldujemy posłusznie, że 1-go Maja - pragnąc uczcić święto ludzi pracy oceanów, mórz i Mazur - w samo południe załoga Selmy Expeditions w składzie (jak na zdjęciu): Jolanta F., Łukasz R., Antoni R., Mikołaj S., Krzysztof W., Tomasz W., Tomasz Sz., Zdzisław R., Marian K., Witold K. i niewidoczny skipper III klasy Andrzej P. strawestowała w odległości 6 kabli Cabo de Hornos. Operacja przebiegła pomyślnie, bez strat w ludziach i sprzęcie, w sprzyjających warunkach pogodowych (słabnące 5-4B W, zamiast zapowiadanych 7-8B). Na tę okazję kolektyw okrętowy podjął zobowiązanie nie wypijania szampana od razu a na najbliższym postoju oraz uchwałę dotycząca wykonania planu sprzątania przed czasem. Odśpiewana została także Międzynarodówka i pieśń anarchistów, ale chyba uzupełnimy repertuar o jakąś szantę i psalm, aby zadowolić wszystkich :D


Świt fot J Fabiszewska


Albatros Hornu, fot. Jolanta Fabiszewska

Skipper III klasy
2018-04-30
Okolice wysp Wollaston
Caleta Lennox fot.Andrzej Pochodaj

Jest środek nocy. Żeglujemy na północ od wysp Wollaston w krótkim okienku pogodowym, które powinno się już kończyć. Wachta prowadzi jacht, załoga śpi, a ja postanowiłem nadrobić zaległości w relacjach.
A więc: przedwczoraj około południa opuściliśmy Puerto Toro do Caleta Lenox. Droga niby krótka (około 20 mil) i wiatr miał być sprzyjający. I był - przez godzinę. Później porywy co raz częściej przekraczały 35, 40 węzłów, by dojść do 50. Idealne warunki szkoleniowe na pierwszą żeglugę ;) I do postojów też nie mamy jakoś szczęścia - do Toro podchodziliśmy w śnieżycy, że nie było brzegu widać, a tym razem wiatr 35-40 w i fala w dziób oraz kilku rybaków rozrzuconych po zatoce na kotwicach. Nocą spokój.
Rano wybraliśmy się na wyspę. Piękna plaża (kamienna, tym niemniej tu to rarytas), drzewka i krzewy przystrzyżone przez wiatr, zapory i żeremia bobrów, dzikie króliki. Niestety pingwiny cesarskie odpłynęły niedawno. Zostaliśmy za to zaproszeni przez mieszkająca na wyspie jedyną rodzinę, która obsługuje posterunek marynarki chilijskiej. Zmiana trwa 10 miesięcy. Zostaliśmy poczęstowani herbatą, kawą i ciastem domowej roboty z (jakże by inaczej) dulce de lece. Odwdzięczyliśmy się świeżymi owocami. A po obiedzie z befsztykami, spakowaniu pontonu i ogarnięciu jachtu wyruszyliśmy okrążać archipelag Wollaston. No i tak płyniemy czekając na ogon niżu, z którym się zabierzemy.

Skipper III klasy
2018-04-28
Puerto Toro
Kanał Beagle'a w drodze do Puerto Toro fot.Jolanta Fabiszewska

Przed południem, po odtajaniu pokładu, odbyliśmy szkolenie pokładowe, by następnie wyruszyć w drogę do Puerto Toro.
Po drodze podziwialiśmy krajobraz Kanału Beagle'a w lekkiej bieli. W Puerto Toro, manewrując w śniegu, stanęliśmy burtą do rybaków i od razu nawiązaliśmy z nimi rozmowy "handlowe".
Za kilka cygar (niestety nie mieliśmy pożądanych przez nich papierosów), na drodze wymiany barterowej pozyskaliśmy skrzynkę "południowych krabów królewskich" (hiszp. centolla, łac. Lithodes antarcticus) oraz mniejszych "fałszywych krabów królewskich" (hiszp. centollon, łac. Paralomis granulosa).
A więc wieczorem odbyła się uczta krabowa - napełniliśmy brzuszki :).
Dzisiaj (czyli 28.04) za radą i wzorem rybaków czekamy na poprawę pogody. A jutro się zobaczy. Póki co zrobiliśmy małą wycieczkę na stary cmentarz i tamę bobrów oraz przestawiliśmy się na kotwicę i przywiązaliśmy linami do nabrzeża.
To pisałem ja - ap - skipper III klasy

W Puerto Toro fot.Andrzej Pochodaj


Zawartość skrzynki od rybaków fot.Andrzej Pochodaj


Skipper III klasy z krabem królewskim fot. Mikołaj Stokowski

.
2018-04-26
Puerto Williems
fot.Jolanta Fabiszewska

26-go ranek powitał nas zmrożonym pokładem. Po śniadaniu wyruszyliśmy dokonać formalności w Puerto Williams.
Z powodu wizytacji admirała cała baza stała na nogach, polerowała epolety i pucowała buty, a my stanowiliśmy dla nich tego dnia niepotrzebny kłopot, a więc obsłużono nas szybko, by nie powiedzieć, że "po łebkach" (o jeden kwit musiałem się sam upomnieć, bo zapomnieli). Następnie część z nas udała się na wycieczkę po miasteczku, a część zdobywać Cierro de la Bandiera. W drodze przez przyprószony śniegiem las towarzyszyły nam na sam szczyt dwa psy, w tym jeden tylko z trzema nogami, ale za to z każdym okiem innym. Chyba miały nadzieję na jakąś kiełbaskę, ale się zawiodły, bo mieliśmy tylko batony czekoladowe.

To pisałem ja - ap - skipper III klasy


Droga na Cerro de la Bandiera fot.Marian Kania


Pies fot.Jolanta Fabiszewska

.
2018-04-25
Puerto Williams
Selma i Lady Twin razem fot.Jolanta Fabiszewska

25.04.2018 dzień pierwszy rejsu i:

- pierwsza odprawa: argentyńska;
- pierwsze pożegnanie: z Gośką i Piotrem, którzy oddali nam cumy i pomachali nam przysłowiową chusteczką oraz z zaprzyjaźnionymi Anką i Darkiem z "Lady Twin", którzy żeglując nieśpiesznie od kilku lat kierują się ponownie na ulubione wyspy Pacyfiku;
- pierwsze mile nowej załogi w składzie: Jolka i Zdzisław, Witek, Krzysztof i Tomek, Mikołaj i Marian, Antoni i Łukasz, Tomek i Andrzej;
- pierwsze lwy morskie i foki;
- pierwszy wieloryb;
- pierwszy postój: w Puerto Williams;
- a w nocy pierwszy przymrozek i pierwszy śnieg.

To nadawałem ja - ap - skipper III klasy ;)


Lwy fot.Jolanta Fabiszewska


Lwy fot.Jolanta Fabiszewska

.
2018-04-18
Ushuaia
Zatoczka z zachodem - Puerto Borracho fot.Artur Romanko

Nie sprostaliśmy kompletnie wyzwaniom jakie niósł Puerto Borracho, choć faktem jest, że byliśmy trochę zawiedzeni. Wyobrażaliśmy sobie bowiem, że w takiej zatoczce za burtą pływają śledzie z cebulką, na drzewach rosną ogórki kiszone (na pniu od strony północnej smalec ze skwarkami), a ze zbocza spada wodospad ad pisco sauer. Niestety nic z tych rzeczy i po obejrzeniu Kukułki poszliśmy grzecznie spać, po to by bladym już naprawdę świtem wyruszyć do Puerto Wiliams. Po drodze niezliczone potężne szkwały, wieloryby i liczne tęcze. Dopłynęliśmy w końcu i zamówiliśmy kraby u dwóch kolumbijskich pań, stwierdziliśmy, że pisco nie jest takie straszne i namieszaliśmy w youtubowej liście odtwarzanych kawałków. Ja, ja kocham ją, ona tu jest... i tak dalej. Zmierzamy właśnie do Ushuaia, czyli to koniec naszego rejsu. Powinniśmy jeszcze wspomnieć, że na naszym rejsie udało się skompletować załogę składającą się z samych koneserów. Koneserów dobrego jedzenia w związku z czym poważnie zostały uszczuplone zapasy leczo, sosu węgierskiego i paprykowo czosnkowego. Darczyńcy czyli firma Raypol byli często gęsto (to głównie przy leczo) wspominani sympatycznie a ogórki konserwowe to już zupełny poemat pełen smaków. Wszystko co dobre szybko się kończy. Do zobaczenia więc następnym i następnym razem. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.
Gocha pozdrawia rodzinę i znajomych :)


w kokpicie - Puerto Williams fot.Artur Romanko


Ogon, najprawdopodobniej humbaka fot.Artur Romanko

Załoga Selmy.
2018-04-15
Kanał Beagle'a

Ach co to były za wycieczki. Podzieliliśmy się na trzy zespoły. Artur i Rafał poszli zdobywać niebotyczne szczyty, Gocha, Andrzej, Krzysiek, Radek i Damian ruszyli na lodowiec i w poszukiwaniu bobrów, a Piotr zabrał się za pieczenie pieczeni. Czyli dla każdego coś fajnego.
Po południu zaś wymiana wrażeń. Pierwszy zespół wrócił mocno ubłocony ale i szczęśliwy, bo widoki mieli fantastyczne, widzieli Horn i wszystko z góry. Zespół drugi wszedł na i pod lodowiec, gdzie odkrył przepiękną lodową jaskinię, a Andrzej uskuteczniał kąpiele w lodowcowej wodzie. Choć nie było bobrów, to pozostałe bobrowe konstrukcje budowlane robiły wrażenie tak jak podlodowcowe jeziorko. Po powrotach pozostało tylko zrobić sos śliwkowy i polać po super pieczeni przygotowanej przez zespół trzeci. Później emisja Mission Imposible i do spania, bo już 2200. A co dzisiaj? Ciąg dalszy.



















Załoga Selmy
2018-04-13
Zatoczka Coloane
Zatoka Coloane fot.Krzysztof Pełka

Jak tu streścić ostatnie dwa dni? Na pewno zatrzasnęły się wszystkie okna, okienka i lufciki pogodowe wraz z okiennicami podpartymi drągiem. Znaczy lało i było nieprzyjemnie. Oczywiście na zewnątrz Selmy, za to wewnątrz... . Cieplutko, milutko, świetne jedzenie, fascynujące dyskusje w dobrym towarzystwie (dziś, czy istnieje życie pozagrobowe). No i doskonałe filmy (hmm. może nie wszystkie) i burzliwe ich omawiania. Jednym słowem to nie był stracony czas. Dziś jednak ruszyliśmy w drogę tym bardziej, że nie pada i jest ciepło. Plan jest bardzo ambitny, mamy do przepłynięcia CAŁE 38 mil. Dopiszemy później, jak nam to wszystko wyszło.


Cumowanie w lesie fot.Damian Święs

Już jest później. Dopłynęliśmy do absolutnie czarownej zatoczki Coloane (od miejscowego pisarza, który bardzo fajnie opisywał m.in. okolicę). Prawie tak czarownej jak poprzednie, ale może jeszcze ciut bardziej, Wysokie góry z paroma lodowcami i prawie pionowymi ścianami. Obowiązkowe wodospady. No i ten las w który prawie wjechaliśmy rufą Selmy, który musi pamiętać triceratopsy. Jest klimat. Jutro to będą wycieczki.

Załoga Selmy
2018-04-10
Zatoka Tres Brazos
Bahia Tres Brazos

No i znowu w nowym miejscu, Zatoka Tres Brazos a właściwie jej mała podzatoczka - Julia (raczej nie od Iglesiasa). Spełnia nasze już mocno wygórowane kryteria. Wodospady? Trzy, I rzeczka. Lodowce? Cztery w okolicy. Jeziorka? Pięć. Brakuje lwów ale jakoś to przełknęliśmy. Siłą rzeczy wycieczka na srebrzące się szczyty. Przypomniał nam się od razu słynny polski profesor Ambroży Kleks, więc zacytujemy:
"Tam na szczycie srebrnej góry, mieszka ptak ognistopióry,
żeby w jego piór pożodze ciepło było spać załodze.
Błyskawice straż tam pełnią, księżyc srebrną swoją pełnią,
szmaragdowy mrok oblewa, który ptak ognisty śpiewa"

Wszystko się zgadza, jakby tu był. Z tychże szczytów srebrnych rozciąga się niezwykły widok na Kanał Beagla i różne jego odnogi. Prawdziwie dech zapierające wrażenia.
Pozdrowienia:
Braciom Jaworskim, chłopaki duże pozdro, no i trenujcie:). Piotr i Damian.


Po drodze na bezdrożu


Przyszła zima


Selma

Załoga Selmy.
2018-04-08
Fiord Seno Garibaldi
fot. Damian Świes

Przemieściliśmy się wczoraj do (bo jakby inaczej) pięknego i czystego fiordu Seno Garibaldi z lodowcami, wodospadami, lwami i pingwinami Magellana. Stanęliśmy na kotwicy i cumach w zatoczce do której spływa jeden z okolicznych wodospadów, no i znowu seans filmowy, tym razem Moon.


Selma na cumach fot.Krzyś Pełka

Z tego wszystkiego zapomnieliśmy wspomnieć, że Piotr zrobił już trzy śniadania, więc było: Krzysiu (przykładowo), może jeszcze jedno jajeczko sadzone bo tak słabo wyglądasz. Oprócz tego biega już jak sarenka (zwłaszcza jak przyfasolimy w co większego growlera choć trzeba przyznać, że wykazuje daleko posunięty stoicyzm z tym związany), został też przyłapany na ćwiczeniu figur do kankana, być może całej choreografii i nie możemy się doczekać pokazu całości układów. Czyli jest dobrze.


Rafał eksploruje fot.Gocha Wojtaczka

Dziś znowu wycieczka, tym razem do pięknego kanionu będącego korytem rzeczki zbierającej wodę z kilku malowniczych wodospadów i odwiedzenie jaskini lwa gdzie okazało się skąd bierze się tak potworny ryk u tak drobnego i miłego zwierzątka. Świetna akustyka jego domostwa jest wyjaśnieniem.
No i najważniejsze, jutro urodziny obchodzi Asia Sadowska-Pełka. Asiu sto lat! Wieczorem wzniesiemy toaścik.

Pozdrowienia dla Agaty i Marty.


fot.Gocha Wojtaczka


fot. Damian Świes


fot. Damian Świes


Wejście w kanion fot.Gocha Wojtaczka


Po palach fot.Gocha Wojtaczka

Załoga Selmy
2018-04-07
Zatoczka VoliereDziś pobudka piętnaście po (jak jest okienko to budzimy się za piętnaście), szybka dyskusja na temat glutenu (prawda czy fałsz?), mycie łańcucha ze szlamu (poprosiliśmy o jakieś czystsze następne fiordy) i dalej za przygodą.
Coś się przebąkiwa o mocowaniu lejka z wężem do wodospadu w celu uzupełnienia wody w zbiornikach (może będzie ciepły prysznic w zamian), ale sami jesteśmy ciekawi co nam się jeszcze przydarzy.


Seno Garibaldi fot. Gocha Wojtaczka


Lodowiec Garibaldi fot. Krzyś Pełka

Załoga Selmy
2018-04-06
Zatoczka VoliereDzisiaj prawie od rana kolejne panele dyskusyjne (Krzysiek jest najlepszym moderatorem na świecie, potrafi zasunąć tak kontrowersyjną tezę, że nic tylko dyskutować). Odżyło też lobby wycieczkowe i chociaż atrakcji było sporo (jak choćby ryczące lwy morskie, spotkaliśmy sporą rodzinkę) zrobiło się niebezpiecznie blisko mini wyprawy. Szczęśliwie dla niektórych przyszła super chmura śnieżna i zwialiśmy kierując się do zatoczki Voilier kombinując gorączkowo jakby tu wmanewrować Radka i Andrzeja w przygotowywanie obiadu i nie wynika to z lenistwa. Są po prostu bardzo utalentowani.
Radek stanął na wysokości zadania, że hoho. Chyba faktycznie trzeba będzie powszywać jakieś kliny do sztormiaków, jak to wieszczy złowrogo Artur. Nasze pływanie polega głównie na wypatrywaniu okien i okienek pogodowych, jedni je widzą bardziej inni mniej. Zobaczymy jak będzie dzisiaj bo przestał padać śnieg i zaczął deszcz. Czy to już okno?


W drodze na wycieczkę fot. Gocha Wojtaczka

To jednak było okno. I to balkonowe. Po umyciu łańcucha z cuchnącego mułu, wróciliśmy pod przedwczorajszy lodowiec spod którego przegoniła nas śnieżna chmura w celu odbycia zaległej wycieczki, żeby być na bieżąco. Baliśmy się bowiem, że jak nam się nawarstwi ilość zaległych wycieczek to padniemy w końcu z wyczerpania wypełniając plan jednego dnia.


Plaża fot.Gocha Wojtaczka

Podpłynęliśmy do rozległej plaży i dech nam zaparło z wrażenia. Piękne słońce, piaszczysta plaża i mnóstwo lodu na niej zalegającego. Ot taki dysonans, kosmiczny wręcz. Niesamowite widoki. Słońce prażyło tak mocno, że Rafał postanowił się schłodzić na co reszta nas się nie odważyła.


czas się schłodzić fot.Gocha Wojtaczka

Widząc, że okienko pogodowe szybko się przymyka pośpiesznie wróciliśmy, już w śnieżycy, na Selmę i wróciliśmy do zatoczki Voliere gdzie znowu seans filmowy - argentyński film Dzikie historie.

Załoga Selmy