Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2023-01-23
Orkady PołudnioweZ dziennika pokładowego 3

No i wróciliśmy do Zatoczki Scotia pod bazą Orcadas.
Szef bazy i lekarz zadecydowali o powrocie statkiem części pokiereszowanych wioślarzy, część postanowiła im towarzyszyć nie mogąc się z nimi rozstać i zabrał ich statek RCC Puerto Argentino. Został nam tylko przesympatyczny Stefan z ekipy wioślarskiej i trójka filmowców.
Teraz wszyscy szkolą się na żeglarzy.

Poczekaliśmy jeszcze chwile w zatoce, obeszliśmy w kółko sześćdziesiątkę skippera, zmieniliśmy miejsce na krater Matthew Island, a nocny szkwał w prezencie ogolił nam generator wiatrowy ze skrzydeł.

Teraz pozbawieni skrzydeł czekamy na spokojniejsze wiatry, a przynajmniej
z lepszego kierunku i odpoczywamy dalej.

Dziękujemy ekipie z bazy Orcadas i statkowi Puerto Argentino za pomoc.

Piotr


Baza Orcadas, dron: Dania Schwertfeger


Chippy, fot. Damian Święs


Ewakuacja, fot. Damian Święs


Urodziny, fot. Adam Nawrot


Urodziny cd, fot. Adam Nzwrot


Oskalpowany wiatraczek, fot. Wojtek Madej

.
2023-01-18
Orkady Południowe
Z dziennika pokładowego 2, czyli przygody dalsze części.

Ruszyliśmy za naszą łodzią wiosłową o dźwięcznej nazwie Chippy. (Wtajemniczeni wiedzą, że było to imię kotki cieśli McNisha z wyprawy Shackletona na Endurance, która niestety zginęła śmiercią tragiczną).
Wiatr był zachodni i naszym wioślarzom szło całkiem nieźle. Jechali z prędkością koło 4 węzłów a my krążyliśmy wokół nich to tu, to tam, filmowcy kręcili i było fajnie. Zapalona lampka na Chippy pomagała nam zlokalizować ją w ciemnej szarówce krótkiej nocy i już zaczął się drugi dzień.

Wszystko szło dobrze. Wiatr pomagał ekipie przy wiosłach i w nocy byliśmy już koło wyspy Gibbs. Tutaj zaczęły się trudności. Wiatr odkręcił na północny i trochę wzrósł do 30 węzłów i Chippy stanęła na dryfkotwie (takiej spadochronowej sea anchor), a my kręciliśmy to zwroty, to dryf na małym kliwrze i silniku. I tak minęło kilka godzin. (Tu ciekawostka: nasza Chippy na dryfkotwie spadochronowej zamiast dryfować z wiatrem płynęła jak góra lodowa zgodnie z kierunkiem prądu na NE nie za szybko, ale jednak).

Rankiem wiatr osłabł i odkręcił znów na NW-W i ruszyliśmy. Lewą burtą minęliśmy wyspę Clarence i Słoniową no i trochę wiało, a trochę nie.
Na niebie fajne obłoki i widoki.
Kolejna noc i rano niestety przykra niespodzianka. Prośba z Chippy o ewakuacje jednego z wioślarzy. Ciężko chorował, nie przyjmował płynów, solidnie się wychłodził no i opadł z sił. No więc nasze komando Selma błyskawicznie ogarnęło ponton i na solidnej fali zebraliśmy Go na Selmę poić, ogrzewać i doglądać.

Na Chippy nastąpiła zmiana planów i wdrożyliśmy nasz plan B. Zmieniliśmy kurs i popłynęliśmy na Orkneje. Znowu wiało mocniej, ale w kierunku. Mijaliśmy wielkie stołowe góry w lekkiej mgle, na szczęście żaden olbrzym nie stanął nam na drodze. Temperatury były rześkie - tak bardziej koło 1 stopnia, Chippy machała wiosłami i cel baza Orcadas na wyspie Laurie była coraz bliżej. Kolejne dni minęły błyskawicznie.

Jeszcze złapała nas zadymka w gąszczu gór lodowych na wejściu do zatoki i Chippy szczęśliwie wylądowała na brzegu zatoki Scotia w najstarszej bazie antarktycznej założonej chyba w 1904 roku. No i tak kotka Chippy McNisha nie dotarła jednak na Georgie Południową. Myślę, że Shackleton jej nie lubił co stanowi poważną skazę na wizerunku tego bohatera, bo ja bardzo lubię koty. No i reszta komanda Selmy też.

Z tego wszystkiego zrobił się podobno jakiś rekord













.
2023-01-13
Ushuaia - Wyspa Króla Jerzego - Georgia Południwa - ushuaiaZ dziennika pokładowego

Po wyjeździe naszej ekipy narciarskiej nie zrobiło się spokojnie na Selmie.
Przyjechał Damian Święs, Dominik Petelski, Wojtek Madej i zabraliśmy się do roboty. Trzeba było przygotować Selmę jako wsparcie wyprawy wioślarskiej z Wyspy Króla Jerzego na południową Georgie z biciem rekordu w programie.

Michał Pietrzykowski, po pół roku na Selmie poleciał do domu i czwartego stycznia oddaliśmy cumy z ekipą trzech, sympatycznych, filmowców, (przedstawimy ich później) i szóstką też sympatycznych wioślarzy z różnych stron świata).
Ósmego, wieczorem, rzuciliśmy kotwicę pod Arctowskim.
Po dniu odpoczynku trzeba było sztormować przez dobę w Zatoce Admiralicji, ale już 11 odebraliśmy łódź i wyprawa ruszyła. :)



Ruszamy



Rozgrzewka ;)



Chippy i wioślarze dzielnie walczą



Filmowcy też dzielni.

.
2022-12-29
Ushuaia
Pożegnanie z Antarktydą

Już jesteśmy w Ushuaia. Minęły nam te cztery tygodnie nie wiadomo kiedy…
A było, było i działo się, działo…
Każdy z nas wyjeżdża z bagażem pełnym niezapomnianych wrażeń.
W dniu kiedy opuszczaliśmy biały kontynent przy Melchior Islands ,meteo nie szczędziło nam ani wiatru , ani deszczu, ani teatralnych przebłysków słońca przez dramatycznie chmurne niebo, a nawet zamieci śnieżnej ograniczającej widoczność wśród gór i górek lodowych. A kiedy w końcu odsłonił się horyzont, kiedy myślałam, ze to już koniec antarktycznych atrakcji, zobaczyłam w oddali małą fontannę i charakterystyczna płetwę grzbietowa orki. WYKRZYKNIK Złudzenie ZNAK ZAPYTANIA Nie.
Grupa pięciu czy sześciu orek podpłynęła do Selmy wykonując wesołe ewolucje wokół kadłuba. To dopiero niespodzianka na pożegnanie Antarktydy WYKRZYKNIK.
A potem Drake pokazał swoje możliwości, sprawdzając nasze możliwości… Ale my już wcześniej podjęliśmy słuszną decyzje, ze świąteczną kolacje przekładamy na później…
A wieczór wigilijny dwudziestego czwartego grudnia świętowaliśmy aż do północy w nawigacyjnej. Mimo ciasnoty, humory dopisały , szczególnie dzięki niespożytej energii Pierre'a, przewodnika w roli dyskdżokeja… ale tańczyła tylko Selma z wiatrem, w rytmie kolejnych fal.

Potem Przylądek Horn był z przytupem, ale w słońcu, ku radości kolejnych sterników, skąpanych w słonych prysznicach z przelotnymi biczami gradowymi. Kanał Beagle,a też nie szczędził wrażeń z przelotnymi szkwałami do 50 węzłów, oczywiście jak zwykle w dziob.

Puerto Williams przywitało nas poważnie administracyjnie, zmuszając Piotra kapitana do biegu z dokumentami po poszczególnych biurach. My mogliśmy podążać za nim już trochę wolniej, ale stres lądowy był niezły… Uff, jeszcze raz się udało.
To właśnie w Puerto Williams spędziliśmy nasza zaległą Wigilie. Myślę, że zostanie ten wieczór na długo w naszej pamięci.

Nocą przepłynęliśmy do Ushuaia. I tu dobiega końca nasza wspólna żeglarsko narciarska przygoda. Narty na Antarktydzie, POURQUOI myślnik PAS znak zapytania I to by było na tyle… Dla mnie czas do domu, ale Selma popłynie dzielnie ku nowej Przygodzie. Jakiej, ZNAK ZAPYTANIA
Cierpliwości, już niedługo się dowiecie

Pozdrawiam wszystkich przyjaciół i sympatyków Selmy
MTG








.
2022-12-26
Antarktyda
21 grudnia - pierwszy dzień antarktycznego lata przywitał nas deszczem.
Czeka nas dzień bez końca i homeopatyczna noc.

A meteo… Hmm, od paru dni Antarktyda odzyskała swoje zwyczajowe szaty w tonacjach od śnieżno-białego koloru lodowców do groźnej czerni nastroszonych pionowych skalnych ścian. Stalowo falujące morze, z lekkim srebrnym pobłyskiem świetlnym, zamiast bezpośrednich promieni słońca (dobrze ukrytego przez wędrujące nisko po niebie obłoki) uzupełnia pejzaż. Do tego należy dorzucić góry i górki lodowe o fantastycznych kształtach, zmuszające nas do ciągłej czujności i slalomowania pomiędzy nimi. Duże wrażenie wywierają liczne szczeliny w spadających do morza lodowcach i tworzące się seraki o niebywałych plastycznych formach, jakby świeżo wyciosanych z dekoracji filmowych. Tutaj Natura nie zna granic swojej kreatywności. Tylko dlaczego zakrapia nas deszczem, a nie śniegiem, który pasowałby dużo bardziej do tego obrazka?

Aby uzupełnić krajobraz trzeba wprowadzić trochę dźwięku. Jest oczywiście częste tło silnika lub generatora elektryczności, do którego już pomału przywykliśmy, a od czasu do czasu głośne sapanie przepływających nieopodal wielorybów wypluwających w górę charakterystyczne fontanny. Wszyscy polujemy aparatami, aby sfotografować piękną płetwę ogonową, ale najczęściej udaje się uchwycić tylko płetwę grzbietową. Cóż, czasami nie można mieć wszystkiego.
Obserwujemy często pływające tuż przy powierzchni wody pingwiny białobrewe, czasami tworzące coś w rodzaju dość gęstej ławicy, naprzemiennie wystawiając czerwone dzioby lub wyskakując ponad wodę jak pchełka by zaczerpnąć powietrza. Pływając w morzu są niesamowicie zwinne i szybkie, zaś na ladzie niesłychanie pocieszne, drepcząc utartymi szlakami znaczonymi własnymi odchodami do kolonii. Można łatwo je zlokalizować nie tylko wzrokowo, ale też słuchowo, a nawet węchowo, ze sporej odległości. Przypominają raczej plantacje pingwinów na swojskim i naturalnym nawozie…

Jak już wspomniałam poprzednio, dzięki uprzejmości naukowców z ukraińskiej stacji mogliśmy skorzystać z ich sauny. Ale żeby do niej dotrzeć drogą lądową, należało się przedrzeć przez taką właśnie kolonię pingwinów białobrewych - i oczywiście nieźle się utytłać. Na szczęście można było również dotrzeć zodiakiem prosto od strony morza, wdrapując się po drabince na werandkę budynku sauny. Chronologicznie to sauna powstała na długo przed przybyciem pingwinów, które pomaleńku zajęły przylegle tereny i czują się tu najwyraźniej świetnie.
A jak sama sauna? Niezapomniane doświadczenie. Kilka naprzemiennych seansów w wysokiej do prawie stu stopni temperaturze, z morską, lodowatą ochłodą i błyskawicznym wdrapaniu się po drabince pod okiem ciekawskich pingwinów. Antarktyczna sauna to dla mnie jedyna w swoim rodzaju przygoda…

Ze względu na takie sobie meteo wyruszyliśmy na krótką wycieczkę do Wordie House, znajdującego się na sąsiedniej wysepce Winter Island. Jest to już historyczna brytyjska stacja naukowa, powstała w 1947 roku i działająca do 1954 roku, prowadząca wtedy głównie obserwacje meteorologiczne. Nosi ona nazwisko Wordie, na cześć oficera naukowego biorącego udział w słynnej wyprawie polarnej Ernesta Shackletona w latach 1914/1917. Chyba nie muszę wyjaśniać, kim był Shackleton? A jak ktoś nie wie, to nich jak najszybciej uzupełni tę lukę czytając relacje z tej wyprawy, w wersji oryginalnej bądź w tłumaczeniu na polski przez Grzegorza Górnickiego.
Nowa baza została zbudowana przez Brytyjczyków na wyspie Galindez Island, zaraz obok. Stacja w 1977 roku została przemianowana na Faraday, a następnie po przekazaniu jej Ukrainie w 1996 roku, uzyskała ona nazwę Vernadsky. Ukraińscy naukowcy kontynuują obserwacje meteorologiczne i prowadza inne badania o szerokim zakresie. Dodatkowo opiekują się Wordie House wspólnie z UKAHT (UK Antarctic Heritage Trust).

W stacji panuje niezapomniana atmosfera ubiegłego wieku i początków naukowych badan białego kontynentu. Czas się tutaj zatrzymał, wszystko zastygło jakby czekając na powrót swoich mieszkańców. Puszki żywnościowe, garnki w kuchni, książki w nieładzie na półkach, gry planszowe, ubrania, sprzęty do życia codziennego i aparatury pomiarowe, warsztat… Zasiedliśmy w zadumie przy piecyku popijając gorącą herbatkę z termosu, taka mała podróż w czasoprzestrzeni…
Po powrocie na Selmę mamy niespodziewane odwiedziny drapieżnej foki, zwaną lampartem morskim. Bardzo szybko i zwinnie pływającą między odłamami lodu, pokazując swoją przerażającą mordę (nawet bez konieczności pokazywania zębów) ... Wprawdzie Piotr zapewniał, że nie zjadają one ludzi, tylko żywi się głównie krylem i ewentualnie pingwinami, ale ja najadłam się nieźle strachu, gdy ujrzałam jej łeb wynurzający się z wody w momencie jak zabierałam się do zejścia z pokładu... Zawisłam nieruchomo dłuższą chwilę - możecie popatrzyć na tego predatora na załączonym zdjęciu. Nie wzbudza mojej sympatii.

Drugim gościem była skua, którą przezwaliśmy Siergiej. Ciekawskim okiem łypała do środka przez wszystkie możliwe okienka, ale nie zaprosiliśmy jej do wejścia ani nie daliśmy jej niczego do jedzenia. Protokół ochrony i nieingerowania w życie naturalne Antarktydy obowiązuje.

Kolejną odwiedzoną stacją jest brytyjska baza w Port Locroy. To miejsce jest bardzo dobrze chronionym kotwicowiskiem. Odkryte zostało przez Eduarda Dallmanna, który przypłynął tutaj parostatkiem Gronland w 1873 roku. W lutym 1904 roku Jean Baptiste Charcot zawinął tutaj statkiem Francais podczas swojej pierwszej wyprawy antarktycznej, aby w tym bezpiecznym miejscu móc dokonać niezbędnych napraw. Podczas kolejnej ekspedycji sporządził pierwsza kartografie. Zatoka została nazwana wtedy Port Locroy, ku pamięci Edouarda Locroy, francuskiego dyplomaty, który wspierał ekspedycje. Mała wysepka we wschodniej części zatoki dostała imię Goudier Island, ku pamięci zasłużonego głównego mechanika wyprawy. Mimo francuskiego pochodzenia nazwy, Brytyjczycy z uporem wymawiają „locroj” zamiast „lokrua”, z francuska…

Potem nastały czasy wielorybników… Ponad trzy tysiące wielorybów zostało przetworzone tutaj przez zakotwiczoną tutaj pływającą fabrykę.
Podczas drugiej wojny światowej Brytyjczycy prowadzili operację Tabarin, budując strategiczne bazy na Antarktydzie. W Port Locroy została postawiona Baza A. Po zakończeniu wojny stacja prowadziła działalność naukowo-badawczą do 1962 roku, kiedy została zamknięta.
Dopiero w 1995 roku, baza została uznana za zabytek historyczny i dzięki akcji UKAHT pomału została odrestaurowana. Aktualnie stanowi obowiązkowy punkt programu polarnych statków wycieczkowych. Oczywiście jak na Vernadsky, tutejsza baza jest również zaatakowana przez wszędobylskie pingwiny białobrewe (które w ostatnim okresie osiągnęły na Antarktydzie niesamowity sukces ewolucyjny, związany z ocieplaniem klimatu), i co za tym idzie niezapomniane wrażenia słuchowe i węchowe – coś jak skrzyżowanie stada gołębi z chlewem. I trudno postawić nogę, żeby nie wdepnąć w odchody pingwinie…
Tym razem mieliśmy niebywałe szczęście - byliśmy sami w zatoce i sami w bazie, bez żadnego statku na horyzoncie. Nikt z nas nawet o tym nie marzył, szczególnie po wizycie w Port Charcot parę dni temu, który był opanowany przez setki turystów.

Aktualnie Baza jest utrzymywana tylko w miesiącach letnich, a główną aktywnością jest podejmowanie turystów, opowiadanie historii, a przede wszystkim sprzedawanie pamiątek i certyfikatów adopcyjnych pingwinów. Pozwala to uzyskać fundusze na utrzymanie i funkcjonowanie wszystkich historycznych baz i ochronę środowiska, pod egidą UKAHT. Ceny pamiątek są oczywiście na światowym poziomie, a płatność tylko kartą w funtach brytyjskich (ale z przelicznikiem do euro i dolarów).
Poznaliśmy bardzo sympatyczną Lucy, jedna z czterech Brytyjek obecnych w bazie, którą zaprosiliśmy na Selmę na pyszna zupę jarzynową przygotowana przez Piotra. Lucy mówiła dobrze po francusku, dzięki studiom w Grenoble, co bardzo cieszyło naszych francuskich narciarzy. Od załogi bazy dostaliśmy worek prezentów pełen różnych owoców, między innymi z ananasem i olbrzymim arbuzem, a także kosmetyki, którymi są obdarowywane mieszkanki bazy przez wizytujące statki pasażerskie.
Trzecia baza, którą odwiedziliśmy to chilijska stacja marynarki wojennej i lotnictwa w Paradise Bay. Jeszcze inne wrażenia. Tutaj są sami wojskowi prowadzący strategiczne obserwacje podczas antarktycznego lata.
Zostaliśmy zaproszeni do bazy. Gospodarze podjęli nas serdecznie w salonie telewizyjnym, częstując gorącymi napojami i ciasteczkami. Z wieży obserwacyjnej rozciąga się widok 360 stopni na okolice usianą górami lodowymi, naprzemiennie z koloniami pingwinów białobrewych na mniejszych pagórkach. Porykiwania pingwinów, wszechogarniający smród dokoła, a przede wszystkim kupa odchodów sprawiała, że była to prawdziwa droga przez mękę pomiędzy zodiakiem a budynkiem bazy… A po powrocie na jacht, staranne czyszczenie butów.
Zaprosiliśmy na pokład Selmy dowódcę, porucznika Jorge, wraz z dwoma kolegami. Spędziliśmy wspólny niezapomniany wieczór przy niejednej szklance dobrego wina i piwa, towarzyszących tuńczykowi po mistrzowsku spreparowanego przez Piotra (oczywiście!). Opowieści i wspólnych śpiewów nie zabrakło, a Jorge nawet zagrał na pokładowej gitarze. Żałował tylko, że pianino zostało w bazie… Na przyszłość trzeba więc dorzucić do wyposażenia Selmy choćby keyboard. Tak upłynął nam ostatni wieczór na równej stępce przed cieśniną Drake’a. Został nam dzionek na upakowanie sprzętów, wzięcie ostatniego prysznica - i ruszamy w morze.
Uzgodniliśmy wspólnie ze będziemy świętować Boże Narodzenie po przejściu cieśniny, z opóźnieniem, ale za to w spokojniejszych warunkach.

Pozdrawiam i życzę wam spokojnych Świąt od nas wszystkich!

MTG

PS Pozdrowienia i ucałowania dla całej Rodzinki, dla przyjaciół i sympatyków






























fot. Małgorzata Truchan-Graczyk

.
2022-12-23
*



pocztówka by Grzegorz Szpila

Wszystkim naszym przyjaciołom, znajomym i tym których jeszcze nie znamy życzymy pięknych i pełnych pokoju Świąt Bożego Narodzenia.
Odetchnijcie i nabierzcie wiatru w żagle, żeby w nadchodzący Rok wejść pełnymi sił i radości.

Załoga Selmy

.
2022-12-21
AntarktydaZ pokładu, a raczej z gór:

Po powrocie z Parry’ego wszyscy są bardzo zmęczeni, ale z prognozy wynika, że mamy jeszcze dzień dobrej pogody. Rzucamy kotwicę przy wyspie Hovgaard, przybijamy wygodnie do brzegu i wchodzimy na jej wzniesienie (ok. 400 mnpm) po łagodnie nachylonym stoku. Krótki spacer – całe wyjście ze zjazdem zajmuje nam około dwóch godzin. Główny cel to rozruszać mięśnie i przyspieszyć regenerację po Parry’m.

Następnie przez kanał Lamaire zmierzamy w stronę grupy wysp Argentine gdzie znajduje się ukraińska stacja badawcza Vernadsky. W zatoczce niedaleko bazy planujemy ukryć się przed złą pogodą. Na miejscu spotykamy dwa jachty ukraińskie, których załogę Piotr zna od lat i z którymi widzieliśmy się już w Ushuaii.

Na miejscu przez trzy dni korzystamy z chwili odpoczynku. Na nartach wybieramy się do Wordie House starej brytyjskiej stacji badawczej, znajdującej się na wyspie obok, pięknie zachowanej jako muzeum (dzięki brytyjskim funduszom i wsparciu załogi z Vernadsky). Dzięki uprzejmości szefa ukraińskiej bazy odwiedzamy też saunę, znajdującą się pośrodku kolonii pingwinów białobrewych (najpierw zbudowana została sauna – później to miejsce upatrzyły sobie pingwiny). Piotr organizuje festiwal argentyńskiego Asado, przyrządzając rozmaite fragmenty wołowiny, podawane z czerwonym Trumpeterem (z winnicy Rutini w Mendozie) oraz najlepszymi zachowanymi Riojami (wydobytych z czeluści zapasów, zęzowych kupionych jeszcze na Teneryfie).
Na ten wieczór Selma oficjalnie staj się najlepszym argentyńskim steakhousem po tej stronie Drake’a. Korzystamy też z pomocy Andżeliki, ukraińskiej meteorolożki, która zimowała na Vernadskym, aby odczytać i zinterpretować prognozę pogody. Wieści są niestety hiobowe – wygląda na to, że przez pierwsze pięć dni wykorzystaliśmy budżet dobrej pogody przewidzianej na tę wycieczkę (ale hej – było niesamowicie, więc było warto).

Nie ma jednak co siedzieć na miejscu. Przez dwa kolejne dni, 17 i 18 grudnia, ruszamy na spacery w góry.
Pierwszym celem jest Mount Scott (882 mnpm). Lądujemy przy bardzo dużej martwej fali– ponad 1 metr. Piotr zarządza lądowanie na lekko, w podgrupach. W związku z tym zakładamy foki na narty jeszcze na Selmie, a następnie w grupkach 2-3 osobowych zbliżamy się do brzegu, i wyskakujemy jeden po drugim na sygnał od Piotra „teraz!”– zwykle sekundę czy dwie przed najwyższym momentem fali. Na brzegu podchodzimy po stromej grani na lodowiec, związujemy się linami w dwa zespoły, i ruszamy w górę.

Niebo jest zachmurzone, widoczność jest bardzo mała (prawie white-out) – a temperatura dość wysoka, co sprawia, że śnieg jest ciężki i mokry. Jeden z zawodników ma ogromne kłopoty ze swoimi fokami – nie są już pierwszej świeżości, na zmianę ślizgają się w zakosach i łapią mnóstwo śniegu pod nartą. Ten dzień kosztuje go na pewno dużo więcej sił niż resztę wycieczki.

Dochodzimy do miejsca, gdzie widoczność spada prawie do zera. Gradient w każdą ze stron jest w dół. Wiemy, że to jeszcze nie szczyt, ale nie bardzo widać, w którą stronę do szczytu. Z ciężkim sercem ściągamy foki, zapinamy buty, obracamy wiązania i szykujemy się do zjazdu. Wtedy zrywa się lekki wiatr, którzy przegania chmurę i pokazuje szczyt, dosłownie 100-150 metrów dalej. Szybko jednogłośnie decydujemy, że zakładamy foki z powrotem, i wchodzimy na wierzchołek.
Zjazd jest wyzwaniem – widoczność nie pozwala na określenie spadku stoku i rodzaju śniegu, dodatkowo sam śnieg jest mokry i ciężki, łapiąc narty nierównomiernie – raz spowalniając jedną, raz drugą. Dodatkowo moje wysłużone Scarpy postanawiają się poddać – jedna ze śrub pęka, odbezpieczając element odpowiedzialny za utrzymywanie buta w sztywnym nachyleniu do przodu w trakcie zjazdu. Pokracznie lawirując udaje mi się dotrzeć na dół. Szczęśliwie również w śniegu znajduję metalowe fragmenty buta odpowiedzialne za pozycję – następnego dnia na Selmie z Michałem i przewodnikami dosztukujemy i przytniemy śrubę na wymiar, która pozwoli mi dalej cieszyć się wyjazdem. (Michał oficjalnie prowadzi najlepszy serwis narciarski na Antarktydzie!).

Zjeżdżamy z drugiej strony grani, do podnóża lodowca. Wracając powtarzamy manewr wsiadania przy szczycie fali, pojedynczo, podróżując na Zodiaku małymi grupami. Nie wszystkim się udaje, i część osób ląduje po kolana w arktycznym oceanie. Oznacza to trochę dodatkowe suszenia wieczorem, ale dajemy radę.

W niedzielę ruszamy na Mount Mill (734 mnpm). Powtarzamy manewr z zakładaniem fok jeszcze na Selmie, ale warunki są łaskawsze, więc zabieramy się w 6 osób na drugi kurs Zodiakiem (w pierwszym kursie jest dwóch przewodników i sprzęt). Piotr nawiguje pomiędzy górami lodowymi oraz podwodnymi skałami, wysadzając nas w bardzo komfortowym miejscu. Zapinamy narty, wychodzimy na lodowiec, krok za krokiem zyskując wysokość.

Krajobraz jest dużo ciekawszy i bardziej dramatyczny niż w ubiegłych dniach. Po lewej i prawej stronie lodowiec przebijany jest wysokimi na 100-200 metrów grzebieniami skalnymi. Po lewej widzimy schodzący do morza, mocno poszczeliniony, przepięknie błękitny lodowiec Wiggins. Nad nami słychać cichy szum wirników – Wowa z Vernadsky’ego towarzyszy nam dzisiaj swoim dronem, nagrywając film i robiąc zdjęcia.

Dość sprawnie wchodzimy na nasz cel, jeden z wierzchołków w amfiteatrze okalającym lodowiec. Ostatnie 50 metrów jest strome i zalodzone, sprawiając trochę więcej trudności. Zapinamy się i zjeżdżamy na lodowiec.

Pogoda jest lepsza niż poprzedniego dnia, drużyna wypoczęta, szukamy więc kolejnego celu. Związujemy się linami, zakładami foki, i trawersujemy w stronę wybitnej turni wystającej z lodu. Na miejscu okazuje się, że śnieg z jej boku jest niestety bardzo nieprzyjemny, i Pierre w połowie drugi zarządza odwrót. Ostatecznie zakładamy znowu foki, łączymy się znowu liną, i w trybie wysokiej intensywności wchodzimy jeszcze raz pod wierzchołek Milla. Tym razem jednak zamiast od razu na lodowiec, zjeżdżamy granią pomiędzy wystającymi spod śniegu skałami, trawersując do szerokiego kuluaru, przez który ostatecznie wracamy do naszego punktu zbornego.

Selma dopływa do nas na około – nawiany lód stanowi spore wyzwanie, więc okrążają go bokiem i podchodzą przy spektakularnym czole lodowca. Ostatecznie wskakujemy do zodiaka, dzisiaj już bez przygód, i wracamy bez kąpieli w oceanie na Selmę.

Gościnny korespondent narciarski – Gustaw

(Przy okazji życząc Wesołych Świąt dla Gabi i rodziny - mamy, taty, Zuzi, Rafała i Wandy!)


.
2022-12-19
Antarktyda14 grudnia 2022 z perspektywy Gosi
Dzisiejszy dzień zakwalifikowany został przez Piotra jako świąteczny, mimo że zaczęło się tak sobie….
Ale zacznę od początku. Otóż Pierre przewodnik i Piotr kapitan mieli wspólną naradę o piątej rano, mając dane ostatnie meteo. Niestety wyjście narciarzy na Mount Scott zostało odwołane ze względu na wiatr, zachmurzenie i napływający lód.
Selma wyruszyła więc dalej na południe, w stronę bazy ukraińskiej. Robiło się coraz zimniej; kąśliwy wiatr, a przede wszystkim zupa lodowa z różnym kalibrem pływającego po powierzchni lodu prawie uniemożliwiała płynięcie do przodu.
Piotr kapitan wspiął się na bezanmaszt, aby z wysokości wskazywać możliwą drogę Michałowi za sterem. Selma pomaleńku płynęła do przodu, przepychając się pomiędzy lodami. Dzielni narciarze rozpychali tyczkami atakujące od dziobu co większe kawały lodowe („jak góry lodowe zapałkami”). Pomału, pomału, ale dzielnie do przodu.

Wydawać się mogło, że to się nigdy nie skończy… Aż w końcu lód się rozrzedził i odzyskaliśmy nadzieję na dotarcie do bazy.
Z daleka ukazały się maszty i zielone zabudowania. Po opłynięciu półwyspu weszliśmy do małej zatoczki, pozornie dobrze chronionej przed wiatrem i falami - taki naturalny port. Są już tutaj dwa inne jachty z ukraińską załogą, które już wcześniej spotkaliśmy w Ushuaii.
Dla pewności, Selma została zacumowana wzorowo do skał, także z użyciem kołków wbitych do lodu, po wcześniejszym nawierceniu otworów specjalnym świdrem.
Tak stoimy i myślę, że nic nas nie ruszy przez co najmniej 24 godziny.
Christian przygotował obiad iście świąteczny, składający się z pieczeni wołowej, ziemniaków w formie puree i zielonej sałaty z awokado – i oczywiście czerwonego wina. Na zakończenie posiłku zwyczajowo podajemy pleśniowy ser niebieski, bardzo doceniany przez naszych francuskich narciarzy.
Po krótkiej drzemce poobiedniej Piotr załatwił dostęp do sauny. Właśnie pierwsza tura pojechała na brzeg, a ja piszę czekając na moją kolejkę.
Korzystam z okazji, żeby wspomnieć trochę historii antarktycznej.
W miejscu, gdzie wysadziliśmy naszych narciarzy by mogli zdobyć Mount Parry, w zatoczce Bul przy przylądku Ursel wyspy Brabant, w 1898 roku lądowali na kilkudniowy rekonesans uczestnicy pierwszej wyprawy naukowo-odkrywczej, zorganizowanej z inicjatywy Belga Adrien de Gerlach de Gomery na statku Belgica. Było to pierwsze planowe zimowanie, wyprawa trwała 15 miesięcy, zbierając dużą ilość informacji geograficznych, geologicznych, meteorologicznych i przyrodniczych. W tej ekipie oprócz Belgów i Norwegów, byli również Polacy Henryk Arctowski i Antoni Dobrowolski, a ponadto niejaki Roald Amundsen, przyszły zdobywca bieguna południowego.

Inny epizod historyczny naszego rejsu czekał na nas po przepłynięciu Kanału Lemaire, w którym jak tradycja nakazuje napstrykaliśmy mnóstwo pocztówkowych zdjęć.
Lawirując czy zygzakując pomiędzy górami lodowymi zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie było pierwsze francuskie zimowanie statku Le Francais z komendantem Jean Baptiste Charcot w latach 1904-1905. Niestety, nie zeszliśmy na ląd, gdyż cała okolica była zajęta przez olbrzymią liczbę turystów przywiezioną przez całkiem spory statek norweskiej firmy Hurtigruten, Frijdtof Nansen.

Zaaferowane zodiaki jeżdżą tam i z powrotem transportując grupy turystów. Przez radio mamy potwierdzenie, że zamierzają tu zostać do wieczora…
Nie mamy więc żadnych szans na intymne doświadczenie antarktycznej przyrody… Co by o tym sądził Komendant Charcot?
Trudno mi sobie wyobrazić jego reakcję…

Szybka decyzja: płyniemy dalej w stronę Wyspy Hovgaard, gdzie rzucamy kotwice i zostajemy na noc, a narciarze mają szczyt wyspy do zdobycia. Jest bajkowo w towarzystwie fantazyjnych gór lodowych: jedna do złudzenia przypomina kościołek wiejski z wieżą z dzwonnicą, inna piramidę. Na drugim planie piękne lukrowane szczyty górskie. A na dokładkę mamy ciekawskiego wieloryba, który wielokrotnie krąży wokół Selmy, tylko szkoda, że zachowuje bezpieczną odległość i nie pokazuje ogona (Piotr twierdzi, że głębokość jest na tyle mała, że może nurkować bez wyrzucana ogona wysoko ponad wodę) …
Sceneria i promienie zachodzącego słońca stworzyły niezapomnianą atmosferę…
Teraz już kończę, bo zbliża się moja kolej do sauny…

Do następnego
MTG

PS
Pozdrawiam i całuję cala Rodzinkę

.
2022-12-14
Antarktyda
( a teraz narciarska relacja:)

Po przejściu Drake’a powitały nas śnieżnobiałe szczyty Antarktydy i jej wysp oraz błękitno białe lodowce. Czas zacząć działać na nartach!

Na pierwszy ogień ruszamy na Mount Tennant (wysokość około 688 mnpm), na Ronge Island. Przewodnicy i uczestnicy mają za sobą sześć dni (w większości i dla większości niestety przechorowane w łóżku), więc pierwszy dzień mocno rozgrzewkowy. Ładujemy zodiaka nartami, czekanami, sprzętem lawinowym i lodowcowym, i na trzy kursy przedostajemy się na brzeg.
Zaraz obok jest parę kolonii pingwinów, oraz skała-sanktuarium pingwinowe (tak mniej-więcej wyjaśnił to Piotr). Obok wyleguje się leniwie foka. Śnieg jest cudowny, mamy dodatkowo początek niespotykanego okna pogodowego – niebo jest prawie bezchmurne, a słońce przyświeca mocno. Podchodzimy lekko ponad dwie godziny pomiędzy zasypanymi, ale dobrze widocznymi szczelinami.
W nagrodę dostajemy doskonały zjazd, w większości po bardzo dobrym śniegu – miejscami zdarzają się przewiane deski. Z góry widać dwa ogromne wycieczkowce, których coraz więcej na Antarktydzie – ponoć aż 50 w sumie operuje między Ushuaią i przylądkiem.
Różnią się rozmiarami i konstrukcją – od budowanego celowo pod polarne pływanie Amundsenem, po stare statki niemieckie i rosyjskie przerabiane na wycieczkowce. Przemysł turystyczny wkracza na Antarktydę z pełną siłą.

Wieczorem Piotr z przewodnikami weryfikują prognozy pogody – okno ma się utrzymać jeszcze przez dwa, trzy dni. Po krótkiej dyskusji decydujemy w miarę szybko podejść pod Mount Parry (2585 mnpm) – nasz główny cel wyjazdu, z podejściem rozłożonym na dwa dni. Po drodze jeszcze trzeba przetrzeć gdzieś łydę.

Drugiego dnia ruszamy na Mount Harris (wysokość 1032 mnpm) w okolicy zatoki Bancroft. Wcześniej odwiedzamy wyspę Enterprise, gdzie z wody wystaje spalony wrak przetwórni wielorybów, zatopiony w 1910 roku. Jesteśmy coraz lepsi logistycznie – dwa kursy zodiakiem wystarczają by drużyna i sprzęt znalazły się na brzegu. Zakładamy uprzęże i foki, związujemy się liną i ruszamy.

Podejście jest wyraźnie dwuetapowe – pierwsze dwie godziny z niewielkim nachyleniem stoku, następnie podejście na grań omijając szczeliny, i dalej granią na szczyt. Pogoda jeszcze lepsza niż poprzedniego dnia, jeśli jest to możliwe. Większość osób podchodzi tylko w bieliźnie termicznej, na zjazd zakładając do tego kurtkę membranową. Stroma część przechodzi błyskawicznie – druga de facto jest zjazdem w linii prostej przez niezbyt stromy lodowiec. Wieczorem pakowane i przygotowania. Każdy zespół dwójkowy organizuje swoje jedzenie, namiot, śpiwory, maty oraz dodatkową ciepłą odzież na nocleg w obozie pod Parrym. Wszystko ląduje w szczelnym worku, który mocowany jest do sań. Piotr jak zwykle ratuje dzień, wyszperując na Selmie pięć pasów do biegania z psami – będą służyć idealnie jako punkty zaczepienia sani.
W nocy przechodzimy pod koniec lodowca schodzącego z Parry’ego.

Rano przerzucamy sprzęt na brzeg, zaczepiamy sanie do pasów, zakładamy narty i foki i przechodzimy pierwsze strome fragmenty. Następnie związujemy się liną, jak zwykle w dwa zespoły, i ruszamy pod gorę. Na początku trawersujemy parę szczelin blisko wody, a następnie wychodzimy na łagodnie wznoszący się lodowiec – którym w bardzo rześkim tempie maszerujemy pod górę. Robimy więcej postojów niż w poprzednie dni (ale niewiele więcej) - są szczególnie doceniane przez osoby które ciągną sanie. Po około pięciu godzinach widzimy, że lodowiec zaczyna się nastramiać – i przed tym miejscem rozbijamy obóz. Pierre wybiera miejsce bardzo dokładnie, badając sondą śnieg, aby upewnić się, że nie ma pod nami szczeliny. Jesteśmy na wysokości ok. 700-800 m npm, za sobą mamy chyba ponad 15 kilometrów. Łopatami śnieżnymi wyrównujemy cztery platformy pod namioty oraz budujemy kuchnię i jadalnię obozową, następnie rozbijamy namioty i rusza festiwal topienia śniegu. Pracujemy na trzy kuchenki równocześnie, po kolei wydając wodę do picia, do zup, do jedzenia, i do picia na noc. W międzyczasie zrywa się mroźny wiatr – większość osób wyciąga ekspedycyjne parki na 6-7 tysięczniki oraz grube łapawice, aby nie chować się jeszcze w namiotach. O 18 zamykamy sklep – pobudka zaplanowana na 3.

Budzimy się w mrozie, szykujemy śniadanie, wychodzimy po czwartej w drogę. Chcemy być na szczycie przed 11, bo pogoda sugerowała możliwość wystąpienia chmur po południu. Jest nieprzyzwoicie zimno – pierwszą godzinę drużyna idzie ubrana we wszystko najcieplejsze co ma. Później wychodzi słońce, oraz wysiłek zaczyna rozgrzewać mięśnie, co pozwala na ściąganie izolacji na postojach. Tempo jest niezłe, cudownie lekko idzie się bez dwudziestu paru kilogramów na saniach. Nocny odpoczynek wszystkim się bardzo przydał – chociaż większość osób nie mogła za bardzo spać. Jedna z osób zostaje w obozie ze względu na połączony wysiłek trzech dni.
Od początku drogi nie widać szczytu – na końcu lodowca widać coraz to dalsze wierzchołki wyłaniające się po przekraczaniu kolejnych wzniesień, ale żaden nie jest wystarczająco wysoki aby być Parry’m. Lodowiec nastramia się coraz bardziej, a po około pięciu godzinach widzimy już wierzchołek. Około 100 metrów do szczytu rozdzielamy się – moja drużyna idzie stromszym filarem lewą stroną, podczas gdy drugi zespół trawersuje do filara po prawej stronie, który może oferować łagodniejsze podejście (co ostatecznie okazuje się nieprawdą, i harszle muszę iść w ruch). Spotykamy się u połączenia filarów, widząc zerwy schodzące ze szczytu Parry’ego, jakieś 20 metrów wyżej granią. Krótki alpejski odcinek, ale ze względów bezpieczeństwa (z jednej strony zerwa schodząca ostro paręset metrów w dół) przewodnicy decydują, że w tym miejscu kończmy zdobywanie szczytu. Przybijamy piątki, zjadamy czekoladę i ruszamy 1600 metrów w dół do obozu. Śnieg w wyższych partiach jest bardziej zmrożony – pewnie narciarsko lepiej nie wychodzić ponad 1500 w takich warunkach.

Po przyjeździe do obozu gotujemy wodę, składamy namioty, pakujemy sanie i zaczynamy zjazdy. Zjeżdżanie z saniami jest ciekawszym wyzwaniem niż kardio-waskularnie wymagające wleczenie ich pod górę. Każdy zespół dwójkowy wdraża własne innowacje, łączące z grubsza jadącego przodem konia ciągnącego sanie, z jadącym za saniami pilotem kontrolującym ich bieg za pomocą linki. Najgorsze są płaskie i niezbyt strome fragmenty, gdzie dwójkowo trzeba pracować aby sanie jakkolwiek poruszały się do przodu. Humory dopisują, chociaż zmęczenie całym dniem daje już we znaki. Ostatecznie docieramy do końca jęzora lodowca – Garmin pokazuje ponad 50 km dzisiaj, i zjazd z poziomu wyższego niż Rysy do poziomu morza. Pakujemy się na zodiaka, i zaczynamy myśleć co dalej – szczególnie jeśli okno się utrzyma.

Gościnny korespondent narciarski – Gustaw

(Ściskam i całuję mocno Gabi, pozdrawiam rodzinę i przyjaciół – szczególnie Maćka, śpiwór od pana Roberta bardzo się przydał)


































.
2022-12-10
Antarktyda
Tak, tak, obiecanki cacanki i znowu mam opóźnienie w newsach… I znowu chwile historii.
Ósmego grudnia był dniem ze wszech miar wyjątkowym piątym dniem żeglugi od Ushuaia.

Nasi skiturowcy z wyraźnym utęsknieniem wpatrują się w horyzont wypatrując upragnionych gór , choćby lodowych. Wiatr dmucha zmiennie, fale w zwyczajowym bałaganie. W powietrzu mamy zmiany wyraźnie spadła temperatura zmuszając nas do dorzucenia dodatkowej warstwy ocieplającej, a poza tym pomału zanikły albatrosy, a za to otaczają nas ciekawskie warcabniki. Ta swoja popularna nazwę polska zawdzięczają charakterystycznemu ubarwieniu skrzydeł w locie przypominająca plansze do grania w warcaby, czyli szachownice….

Pierre przewodnik w końcu wypatrzył przez lornetkę na horyzoncie zarys upragnionych białych szczytów . Cala ekipa natychmiast wypełniła nadbudówkę nawigacyjna . Pomaleńku, pomaleńku śnieżnobiałe szczyty staja się coraz wyraźniejsze. Słońce przebiło się spoza morza chmur nad naszymi głowami grając światło cieniem na kamienno lodowych urwistych ścianach i zboczach. A do tego góry lodowe różnorodnych, często bardzo fantastycznych kształtów , wielkością przekraczających czasami kościoły czy kamienice , w kolorach od śnieżno białej bieli poprzez wszelkie odcienie błękitów do szarości, a nawet czasami czerni. Oczarowani, zauroczeni ,czy może olśnieni ,a z pewnością onieśmieleni majestatycznym pięknem tej Krainy Lodów, do której właśnie wpływamy….

Porównanie z zimowymi , zalanymi Alpami może się nasuwać , ale ilość pokrywy lodowcowej tutaj jest bezkonkurencyjna.
Nieziemsko bosko lodowcowo…. Hmm, trochę mnie poniosło…

Piotr kapitan wybrał na pierwsze kotwicowisko Wyspy Melchiora. Stajemy w zacisznym miejscu, unikając ekspozycji na grożące upadkiem seraki. Nieopodal nas śmigają sterny antarktyczne zwinne biało szaro upierzone w czarnych berecikach, a do tego czerwone dziobki i krótkie nóżki.
Udało mi się je sfotografować jak siedzą na kawałku lodu jak na grzędzie… Uchwycić je w locie jest trudniej, często zdążą mi uciec z kadru, nie mówiąc już jak chwytają rybkę spadając pionowo na ofiarę.

Wieczorna spokojna kolacja na równej stępce. Jutro nasi skiturowcy zaczną zdobywanie antarktycznych szczytów i rozkoszować się następnie zjazdem aż do powierzchni morza.

Po północy podnosimy kotwice i płyniemy w stronę miejsca, gdzie będzie możliwość wysadzić naszych skiturowcow żeby mogli zdobywać Mont Tenant w okolicy George Point.
O tej porze roku noc wcale nie jest ciemna, zaraz po zachodzie słońca nastaje trochę szarówki, która jeszcze bardziej uwypukla biel lodów, a potem wschód słońca i nastaje nowy jasny dzień. Nawigując napotkaliśmy w stosownej odległości kilka wielorybów, które wypuszczały fontanny widoczne z daleka.

Przed zejściem na ląd wszyscy przeszli szkolenie na temat zachowania na ladzie, aby uniknąć ingerencji w życie tutejszej fauny i zachować środowisko naturalne, a przed zejściem na ląd odbyło się pierwsze rytualne mycie butów.
Czynności te będziemy wykonywać wielokrotnie schodząc z pokładu na brzeg i po powrocie na pokład.

Po poranku raczej pochmurnym, dzień okazał się pięknie wietrznie słoneczny.
Z brzegu dobiegają hałasy licznych kolonii pingwinów białobrewych.
Na śnieżnobiałych brzegach i stokach widać już z daleka spore kilku dziesięciometrowe plamy koloru brudno różowego pełne gniazdujących pingwinów. To zabarwienie odpowiada ekskrementom pingwinim. Od kolonii odchodzą dróżki w podobnym kolorze w stronę morza, po których maszerują pociesznie pingwiny w obu kierunkach. Mimo zaaferowania i pospiechu nie ma wypadków drogowych…
W czasie postoju wielokrotnie broniliśmy Selmy przed napierającymi lodami. Narciarze powrócili z wyprawy cali ,zdrowi i zadowoleni.

Po kolacji podnieśliśmy kotwice i korzystając z długiego dnia ruszyliśmy w stronę Wyspy Entreprise. Jest tutaj częściowo zatopiony wrak statku przetwórni, jeszcze z czasów aktywnego wielorybnictwa, na którym wybuchł pożar. Na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach…Kiedyś pamiętam staliśmy Selmą zacumowani przy wraku, ale ostatnio Piotr został ostrzeżony , że istnieje zagrożenie upadku seraków z pobliskiego lodowca. Płynąc trzeba było się nieźle nakręcić kołem sterowym lawirując pomiędzy niezliczonymi lodami rożnego kalibru. Sporo się napracowali również dyżurni tyczkowi odgarniając atakujące kadłub kawały lodów. Zostaliśmy wynagrodzeni wizytą bardzo blisko pływających wielorybów.

Robią olbrzymie wrażenie wynurzając się z oddechem i fontanną wydechową , a potem zanurzając się prezentują grzbiet i na koniec płetwa ogonowa , na która wszyscy czekają aby zrobić zdjęcie….

Dzisiaj była druga wyprawa skiturowa również uwieńczona sukcesem.
Niektórzy cierpią tylko na parę otarć na kostkach, ale humory dopisują, szczególnie. ze mamy wyjątkowo piękne słoneczne dni , doskonale warunki śniegowe i bardzo dobra widoczność . A pejzaże lodowe zapierające dech.
I to dziś Piotr wykonał przepyszną pieczeń z jarzynami i smakowitym sosem i kaszą jęczmienną, (niestety mam problem z tłumaczeniem na francuski). Plus surówka z kapusty i zupa fasolowa Michała nieźle zaskoczyły całą ekipę.
Jutro desant z namiotami i próba zdobycia Mont Parry, wiec niekończące się przygotowania żywieniowo techniczne zakończyły dzisiejszy wieczór Oczywiście ciąg dalszy nastąpi….

MTG












Zdjęcia: Małgosia Truchan-Graczyk

.
2022-12-07
Antarktyda `antarctica 1

Witam wszystkich zainteresowanych losami SELMY i jej dzielnej załogi zmierzającej w stronę Półwyspu Antarktycznego.
Przepraszam za opóźnienie, ale postaram się opowiedzieć wszystko od początku...

A było to tak:

Po niekończącej się podroży samolotowej przeplatanej posiedzeniami w poczekalniach dotarłam do Ushuaia, gdzie w przystani AFASYN dołączyłam do Piotra (skippera) i Michała (co-skippera) by ich wspomóc w najbliższym rejsie, tym razem z grupą francuskich narciarzy skiturowych.
Mieszkając już parę ładnych lat we Francji opanowałam język Moliera, co na pewno się przyda w trakcie miesięcznego rejsu.
Przygotowujemy Selmę na tę wyprawę najlepiej jak się da. Piotr przewidział nawet pościel do koi, a Michał zaopatrzenie żywnościowe pierwszej klasy (z dojrzewającym w forpiku sadem owocowym), nie zapominając o winie według wskazówek Diego, miejscowego konesera.

Ładujemy, upychamy... Selma akceptuje wszystko ze stoickim spokojem.
Piotr decyduje się zostawić parę żagli, aby zrobić miejsce na narty i inne sprzęty techniczne Francuzów.
Drugiego grudnia pod wieczór grupa dotarła na jacht. Rozładowują swoją olbrzymią ilość bagaży na nabrzeżu... i w tym samym czasie dociera ostatnia dostawa żywności.
Dla mnie to za dużo szczęścia na raz, ale Piotr z Michałem niewzruszeni dają radę wszystko rozpakować i upakować, a mnie z ekipą wysyłają na kolację zapoznawczą na miasto.
Ekipa na tym rejsie jest skiturowa: Pierre i Anthony to przewodnicy wysokogórscy, dwie panie Evelyne i Sandrine, Ian, Amerykanin duńskiego pochodzenia z San Francisco, Gustaw z Wrocławia rodem, aktualnie Warszawianin, oraz Christian, Francois i Christophe.
Na nieszczęście bagaż tego ostatniego nie zdążył dolecieć, utykając we Frankfurcie. Obiecany jest na następny dzień, co powoduje dodatkowy stres. Najważniejsze, że załoga jest w komplecie i będziemy mogli uzyskać wszelkie niezbędne papiery następnego dnia rano. Jest to wyzwanie, bo to sobota, a na dokładkę po południu Argentyna gra mecz o wyjście z grupy na Mistrzostwach Świata - rzecz tutaj święta.

Uff, po odprawie w sobotę ostatni obiad na lądzie, ostatnie zakupy (a dla niektórych ostatni prysznic) i czekamy już tylko na wieści o bagażu Christophe’a.
Na szczęście linie lotnicze odnalazły bagaż, i dostarczyły go od razu na lotnisko w Ushuaia - będziemy mogli wypłynąć!
Naprzód wspólna kolacja na jachcie, a potem szkolenie z życia na pokładzie, zasady bezpieczeństwa, objaśnienia, pytania...

Aż w końcu nadszedł moment tak długo oczekiwany - Cumy oddane!
Kanał Beagle’a szaro-buro-stalowy.
Wierzchołki gór początkowo skryte chmurami, okazały się pokryte świeżo spadłym śniegiem, jak polukrowane – i to na początku lata.

Płyniemy ku Przygodzie.

Pierwsza wachta niezapomniana od czwartej do ósmej rano.
Początkowo dzielę wschód słońca z Christianem. Kolory nieziemskie; chwila zwiewna, ale zapada głęboko w pamięci. Warto było wstać...

A potem z Pierrem napotkaliśmy całe stado delfinów. Ponad godzinę bawiły się z Selmą. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że łypały na nas szelmowskim okiem, płynąc na boku albo wyskakując ponad powierzchnie. Co za zwinność, prędkość, gracja, radość istnienia...

Zostawiliśmy Horn w szacownej odległości, i wtedy wiatr i fale się trochę rozhulały w cieśninie Franciszka Drake’a.
Nasi górale odkryli, że morze to ruchome góry...
Towarzyszą nam ptaki: albatrosy czarnobrewe majestatycznie szybujące i gładzące skrzydłami fale, ptaki nazywane przez nas prionami (po argentyńsku oficjalnie Prion Pico Fino) zwinnie i niemal tanecznie patrolują wokół Selmy. Nawet samotny albatros brunatny krąży wokół nas i zagląda ciekawie do nadbudówki...
(Przepraszamy za brak znajomości najnowszej polskiej nomenklatury antarktyczno-ornitologicznej, ale dysponujemy jedynie materiałami źródłowymi w językach hiszpańskim i angielskim, zaś nazwy polskie są wynikami naszego kreatywnego tłumaczenia i zakurzonej pamięci).
Wśród naszych górali niektórzy już pływali na jachtach, zaś dla niektórych to pierwsze sterowanie i pierwsze chrzciny morską falą.

Ale dobry humor dopisuje (jak dotąd). Pomału wciągnęliśmy się w nowy rytm życia na pokładzie. Jesteśmy rozpieszczani posiłkami przygotowanymi przez Michała i Piotra. Mamy duży zapas warzyw i owoców (doskonałe, dojrzałe melony, soczyste brzoskwinie, idealne awokado i banany), wiec staramy się nie dopuścić, żeby się zepsuły przed spożyciem.
Z czasem wiatr się trochę wydmuchał i musimy wspomagać się silnikiem, aby dojść do Półwyspu Antarktycznego. Po drodze widzimy pierwsze fontanny wielorybów i płetwy orek.

Ciąg dalszy nastąpi – na przyszłość postaram się być bardziej systematyczna MTG

PS
Pozdrawiam i całuję mocno Piotra, Agatkę z Antoinem, Yanna z Oliwia i całą resztę Rodzinki i przyjaciół, których nie sposób wszystkich wymienić.
(A Gustaw pełniący rolę kopisty i korektora korzysta z okazji i przemyca pozdrowienia dla Gabi, rodziny i przyjaciół!)


.
2022-11-30
***
Załoga rejsu na Georgię Południową od jakiegoś czasu już w domach, pracach i innych lądowych obowiązkach, ale sercem nadal na Selmie. Pozwoliliśmy więc sobie na wrzucenie ostatnich kilku migawek z Port Stanley na Falklandach, gdzie zakończyliśmy rejs.

  Jak relacjonowaliśmy, na Georgii Południowej było magicznie, ale takiego rejsu nie byłoby bez:

  PIOTRA, którego ogromna wiedza, zawsze wyważone kapitańskie decyzje oraz zwykła ludzka obecność wraz z niezwykłą uważnością na każdego z nas, pozwalały spokojnie pełnić najtrudniejsze wachty, cieszyć się rejsem i każdym lądowaniem na Georgii oraz być źródłem inspiracji na kolejne wyprawy. Dziękujemy!

  MICHAŁA, którego nieprzebrane pokłady spokoju chyba przejdą do historii i który szybko i z uśmiechem rozwiązywał każde selmowe wyzwanie, nie mówiąc już o ogromnej praktyce morskiej oraz o konsekwentnych do bólu działaniach w kierunku ochrony przyrody, którymi nas skutecznie zarażał. Dziękujemy!

  ARTURA, naszego bosmana, zawsze i wszędzie obok nas. Czy to wachta, czy niepopularna robota do zrobienia czy też techniczna zagadka, Artur pojawiał się w krytycznych momentach z wyciągniętą pomocną dłonią. A że żeglarstwo to nie jedyna jego pasja, mamy nadzieję że spotkamy się jeszcze i tu i tam. Dziękujemy!

  Podziękowania również dla wsparcie lądowego Selmy i jeszcze raz ogromne serce i uściski dla Was Czytających, płynących z nami mentalnie. Do zobaczenia na pokładzie!

  Kasia, Jacek, Dominika, Joasia, Mirek, Rysio, Andrzej i Wojtek


Piotr, Michal i Artur na ostatniej prostej, czyli kurs na Port Stanley!


... i wtedy Andrzej zakrzyknął z bocianiego gniazda: "ląd, widzę ląd"! 


architektura w Port Stanley nie pozwala zapomnieć w jakim rejonie globu jesteśmy


tam byliśmy!


morski kolorem obowiązkowym


to gdzie teraz kolego?


oj, każdy miał taki uśmiech po prezesowskim locie


znajdź Selmę :)

.
2022-11-14
Falklandy
Jak na relatywnie niedużą wyspę, o powierzchni ponad 3700km2, w ponad połowie pokrytej wiecznym śniegiem i lodem, Georgia dostarcza nam wraz z każdym lądowaniem ogromnych dawek radości ale też i przeróżnych innych emocji. Selmowicze którzy byli tu wcześniej często mówili, że to odizolowane od cywilizacji miejsce ma w sobie trudną do określenia magię. Ciężko nam powiedzieć czy jest to spowodowane mnóstwem dzikich, morskich zwierząt, które dobitnie pokazują nam, że to ich królestwo, czy zmienną pogodą, od deszczu ze śniegiem po pełne słońce, czy wyglądającymi monumentalnie i niełatwymi do sforsowania górami.
Zimowy i srogi charakter to jedno z wrażeń które towarzyszyło naszemu pierwszemu lądowaniu. Wyspa została zresztą początkowo nazwana przez James'a Cooka "Wyspą Lodu", gdy ten jako pierwszy naniósł ją na mapy świata w 1775roku. Na Georgii nie ma stałych ludzkich osad, najbliższy zamieszkały ląd - Falklandy oddalony jest około 750 Mm na zachód, z kolei do położonej na południe Antarktydy dzieli wyspę porównywalny dystans około 850 Mm. Na tym odizolowanym od cywilizacji kawałku lądu, położonym pośród zazwyczaj wzburzonych fal oceanu Południowego, mamy ten luksus i przywilej, że większość zatok możemy zwiedzać jedynie we własnym gronie. Tempo, w którym się poruszamy zależy tylko od pogody oraz gościnności i humorów zamieszkujących tu zwierzaków. Mimo raczej szampańskich humorów panujących wśród załogi, niesamowite jest to, że podczas zejść na ląd, często nic nie mówimy. Zdarza się, że w jednym miejscu spędzamy w bezruchu parędziesiąt minut, słuchając szczekania nowonarodzonych słoników morskich, obserwując jak dorosłe obsypują się żwirem i kamieniami, lub patrząc jak pingwiny wytrwale wysiadują jaja w swoich gniazdach. Wszystko odbywa się tu jakby w zwolnionym tempie.

***

Tymczasem, kolejny etap naszego rejsu dobiega końca. Po 9 dniach żeglugi, zawijamy na Falklandy, wspominając ostatnie tygodnie. Zaliczyliśmy przy tym całkiem sporą dawkę fal, które spłynęły na nasze głowy, ale też i bywało, że ogrzewaliśmy się leniwie w promieniach antarktycznego słońca.
Wraz z kolejnymi milami przybliżającymi nas do Falkland, wspominaliśmy ostatnie tygodnie, urodziny Dominiki oraz tort w kształcie fal oceanu Południowego upieczony z tej okazji przez Rysia, 100-stu lecie śmierci Shackletona i 40-lecia bitwy o Falklandy, ale przede wszystkim przez głowę przelatywały nam kolejne migawki z każdej z zatok które odwiedziliśmy. Byliśmy tam tylko obserwatorami, nie mającymi wpływu na to co się wydarzy. Następowalność procesów na Georgii jest oczywista i stanowi nieuchronny cykl, któremu dane nam było się przyglądać.

Pożegnalny wieczór na Selmie spędzamy w gronie Ani, Marianny, Artura i Wojtka czyli fantastycznych Polaków z Falklandów, oraz Wolfa z Santa Marii, których serdecznie pozdrawiamy.

Greetings to friends from Chile we met on our hot springs tour.

Pozdrawiamy nasze Rodziny, Przyjaciół, wszystkich sympatyków Selmy, dziękujemy za wszystkie lajki i ciepłe słowa. Gdy brakowało wiatru lub było go w nadmiarze, były dla nas szczególnym wsparciem.

Kasia
oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

zdjęcia by Artur Kruk, Asia Stasiewska, Mirek Cześnik, Kasia Korsieko-Wójcik




























.
2022-11-08
Georgia - Falklandy
Zatoki Georgii cz.2

Kolejnym miejscem które odwiedzamy jest Prince Olaf Harbour, częściowo osłonięta zatoka, która znajduje się wewnątrz większej - Cook's Bay.

Wyprawa pontonem na ląd nie jest łatwa, pełno tu gęsto pokrywających powierzchnię wody brunatnic.

Z daleko widzimy już stada uchatek, które słysząc silnik pontonu, podnoszą głowy i zaczynają szczekać, by jasno zaznaczyć że to ich teren. Z kolei młode, zaintrygowane nowymi przybyszami, wskakują do wody i opływają ponton kilka razy, ciekawsko, raz po raz, wychylając łebki nad wodę. Pomiędzy uchatkami, porozkładane na całej szerokości plaży, wylegują się słonice morskie z młodymi które przytulone do mam piją mleko, samiec zaś pilnuje aby ktoś inny nie przejął jego haremu. Michał musi więc zrobić kilka rundek pontonem zanim znajdziemy miejsce na którym możemy wylądować tak, aby nie denerwować uchatek i słoni. Sama plaża, jak często na Georgii, ma spory przybój, ale część z nas ma wodery i kombinezony więc wspólnym wysiłkiem udaje się wylądować mniej lub bardziej suchą stopą.

Na plażach chodzimy zawsze w grupach. Zarówno uchatki jak i słonie nawet mijane ze wskazaną w zaleceniach dla odwiedzających SG odległością, potrafią być szybkie i agresywne. Spokojnie leżące i wydawałoby się błogo drzemiące, potrafią szybko się zerwać i mimo ogromnych gabarytów (samce słonia mogą osiągać do 5m długości i 4,5 tony) "przebiec" lub może raczej "przeczołgać" się w ekspresowym tempie kilkadziesiąt metrów. Dodatkowo, na Georgii jesteśmy na wiosnę, w momencie kiedy przybywa młodych, jest to więc dodatkowy aspekt większej czujności i buńczuczności zwierzaków, a my przecież jesteśmy tu tylko gośćmi, którzy nie chcą nadwyrężać otwartości mieszkańców.

Prince Olaf Harbour, jako jedno z nieźle osłoniętych i relatywnie sporych kotwicowisk, pełniło rolę osady, gdzie masowo polowano na uchatki. Sporo tu resztek zabudowań i przerdzewiałych konstrukcji do przerabiania mięsa, a także cmentarz z kilkoma nieźle zachowanymi nagrobkami z początku poprzedniego wieku. Przed wysepką, pośrodku zatoki, osiadł na mieliźnie i częściowo zarósł już lokalną roślinnością, wrak 3 masztowego "Brutusa".

Wieczorem Wojtek nurkuje w poszukiwaniu najlepszych ujęć podwodnego świata. Wraca nieco zziębnięty ale za to ze zdjęciami crocodile fish (Parachaenicthys georgianus), ryby której krew jest biała, ponieważ nie zawiera hemoglobiny ze względu na niską temp wody w której żyje. Wojtek portretuje również inne morskie stwory, m.in. kryla antarktycznego (Euphausia superba), oraz opancerzonego równonoga (Isopod Serolis cornuta), a także morskie ślimaki (Chlanidota sp.).

Kolejnego dnia dopływamy do Cobblers Cove i urządzamy sobie mały trekking w poszukiwaniu pingwinów Macaroni których kolonia znajduje się na Rookery Point. Trasa jest częściowo oblodzona a częściowo obrośnięta pokaźnymi kępami traw okalającymi mało widoczne jamy. Marsz więc, mimo niedużej odległości zajmuje nam trochę, ale ostatecznie grupie Rysia, Dominiki i Andrzeja, udaje się odnaleźć pingwiny z charakterystycznymi pomarańczowymi, rozwianymi "grzywkami" i różowymi stopami.

Każde z miejsc które odwiedzamy na Georgii, dostarcza innych wrażeń. W Ocean's harbour znów napotykamy pozostałości po wielorybnikach i smętnie górujące nad zatoką działko do połowu wielorybów na wraku "Bayard". Mimo pozostałości po tych smutnych czasach, życie w zatoce kwitnie w pełni, a resztki statku zamieszkują obecnie rozkrzyczane kolonie niebiesko-okich kormoranów.

St Andrews Bay z kolei, to największe na Georgii kolonie pingwinów królewskich i słoni morskich. Trafiamy na czas, kiedy młode pingwiny z brązowych "brzydkich kaczątek" przeobrażają się w dorosłe, a spod brązowego puchu który zrzucają, wyłania się elegancki czarny frak, z żółto-pomarańczowymi kołnierzykami. To również miejsce, w którym pingwiny, pomimo tego że my trzymamy się od nich w przepisowej odległości minimum 5 metrów, same do nas podchodzą próbując wywnioskować kim jesteśmy. W takich sytuacjach pozostajemy w bezruchu, aż pingwin zaspokoi swoją ciekawość i odejdzie do swych współtowarzyszy którzy niezmordowanie, w długich kolumnach, jeden za drugim, wędrują wzdłuż plaży, raz w jedną, a raz w drugą stronę. Wrażenie trochę surrealistyczne, jakbyśmy znaleźli się nagle w środku egzotycznego filmu przyrodniczego.

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.
zdjęcia by Asia Stasiewska i Kasia Korsieko-Wójcik

Mirek pozdrawia Mamę oraz Janka i Iwa. Artur pozdrawia bliskich, resztę świata i kosmitów. Kasia pozdrawia bliskich, Maciusia, Filipcia oraz chrześniaka Szymka i Hanię. Wojtek pozdrawia Rodziców, Teściów, brata Adama, szwagierkę Angelikę i chrześnicę Natalkę. No i oczywiście najbliższą Rodzinę - Kamilka, Dawidka, Emilkę i Sylwię. Rysiek śle Eli gorące całusy z oceanu Południowego w rocznicę ślubu.




























fot. Wojtek Nawrocki, Crocodile fish


fot. Wojtek Nawrocki, Sea snail Chlanidota

.
2022-11-03
Georgia Południowa
Co prawda już płyniemy, ale relacje i zdjęcia jeszcze z S.Georgii

Zatoki Georgii cz.1 Rosita Harbour i Hercules Bay 23 i 24.10

Po opuszczeniu pierwszej zatoki, Right Whale Bay, która swoją nazwę zawdzięcza gatunkowi wielorybów na które najchętniej polowali harpunnicy z powodu relatywnej łatwości ich schwytania, dopływamy do Rosita Harbour. Uwagę naszą ściąga mała, awanturująca się biała uchatka, albinos wśród beżowo-brązowych siostrzyczek i braciszków, która pomimo zdecydowanego sprzeciwu mamy, próbuje wejść do wody z innymi maluchami. Z resztą często jesteśmy tu świadkami różnych lokalnych "awanturek". Dorosłe słonie morskie próbują przejąć harem samic, korzystając z chwili nieuwagi innego samca. Skuły czujnie obserwują rodzące słonice, żeby gdy tylko proces zostanie zwieńczony sukcesem, chwycić najlepszy kęs z łożyska lub pępowiny. Często przy tym skubną nowonarodzonego słonika, czym z kolei wywołują potężny ryk matki.

Kolejną zatoką, którą odwiedzamy jest niewielka Hercules Bay, o niesamowitej przejrzystości wody z mnóstwem brązowych, jakby inkrustowanych liści brunatnic, które pięknie komponują się z turkusowym odcieniem wody. Rajski wygląd, dopełnia kilka wodospadów i groty schodzące do wody. Na środku plaży czeka na nas stado słoni morskich, matki karmiące swoje młode, które często pokryte są jeszcze śluzem oraz uchatki czujnie pilnujące czy nie zbliżymy się do nich za blisko. Zbyt małą odległość natychmiast sygnalizują głośnym szczekaniem. Uchatki lubią też leżeć nieruchomo w wysokich kępach traw, chodzimy więc ostrożnie a i tak często dostrzegamy zwierzaka w ostatnim momencie.
Wojtek z Joasia wspinają się na przełęcz skąd rozpościera się widok na całą zatokę. Efektem są epickie krajobrazy uwiecznione na zdjęciach przez Asię. Wojtek, obładowany sprzętem do fotografii i w maskującym ubraniu, potrafi spędzić długie godziny w trawie niczym uchatka, by zrobić piękny portret niespodziewającemu się niczego i zajmującego swoimi sprawami petrelca olbrzymiego, który nawet nie zauważa, że został sportretowany.

Dziś było piękne słońce, każdy ma jak już po 1000 zdjęć i co chwila wyciąga aparat żeby zrobić "już naprawdę ostatnie ujęcie". Ponieważ moglibyśmy dać się ponieść naturze jeszcze długo, postanawiamy, że wywołamy na UKF Michała by zabrał nas pontonem z powrotem na jacht.
Szczególnie, że nad zatoką unosi się już aromat sygnowanego marką własną "Krucza bakery", nieziemsko chrupiącego chleba na zakwasie, wypiekanego codziennie przez Artura.

Kasia
oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

zdjęcia by Joasia Stasiewska, Artur Kruk i Kasia Korsieko-Wójcik

Rysio pozdrawia Elę, Kasię i Lilę, wnuki Kacpra i Kubę oraz dzielną załogę kancelarii. Asia pozdrawia Arka i Dominikę, Olę, Pączusia, obu wspaniałych zięciów i Beti. Michał pozdrawia Basię oczywiście. Kasia Acię i Ninipa oraz Przyjaciół i Sąsiadkę Elizę.




























.
2022-10-31
Georgia Południowa"...Nie ma już wielorybich stad, gryzie rdza harpunu ostrą pikę..."

Podążając śladami Shackletona, nad ranem 28.10 dopływamy do Grytviken. Nad wejściem do zatoki, na jego wschodniej stronie, na Wzgórzu Nadzieji, góruje biały krzyż wzniesiony ku pamięci przywódcy przez jego towarzyszy.
To w Grytviken Sir Ernest rozpoczął w grudniu 1914 r swoją słynną wyprawę na pokładzie "Endurance". Rok później, niespełna 7 metrową szalupą wraz z 5 innymi członkami wyprawy, dotarł do Stromness na Georgii, szukając pomocy dla załogi żaglowca, po tym jak statek najpierw utknął w lodach Morza Weddela, a następnie został zmiażdżony przez pak i utonął.

Grytviken było w latach 1904-1964 centrum przemysłu wielorybniczego, niechlubnym imperium Carla A. Larsena. Dziś ten smutny relikt dawnych czasów, gdzie dziennie zabijano i przerabiano na tran nawet 30 wielorybów, uzyskując ok 200 ton olejów, zieje pustką. Największy zabity tu wieloryb, płetwal błękitny, miał 34,1 metra długości. Po dawnej osadzie została tylko niewielka część.
Wraz z czyszczeniem środowiska, w latach 2003/2005 oraz sukcesywnym usuwaniem z Georgii obcych gatunków zwierząt i roślin, część zniszczonych urządzeń i budynków została rozebrana. Mimo wszystko, stacja wciąż poraża ogromem, a przerdzewiałe konstrukcje, resztki pieców, kawałki linii produkcyjnych do wytopu tłuszczu i zbiorniki o pojemności tysięcy litrów, przygnębiają.
Podczas całego okresu działania stacji, zabito tu łącznie ponad 175 000 wielorybów.

Po odprawie i kolejnym teście 'bio security', przeprowadzonym przez Davida z South Georgia Goverment Office, schodzimy na ląd z zamiarem zwiedzania muzeum oraz poczty. Nie jest to jednak łatwe, gdyż na kei ucina sobie drzemkę sporawy słoń morski, który wyraźnie nie ma ochoty się przesunąć. Ostatecznie udaje nam się zejść na ląd, ale okazuje się, że poczta jest zamknięta. Nadzieją napawa jednak napis na skrzynce pocztowej, iż w przypadku gdy placówka jest nieczynna, przesyłki można nadać w innych lokalnych urzędach pocztowych, z których najbliższy znajduje się w Port Locroy na Antarktydzie...

Cóż, później zdecydujemy w jaki sposób wyślemy listy do naszych rodzin i przyjaciół, a tymczasem, udajemy się na cmentarz, odwiedzić grób Shackletona.

Wzdłuż drogi wylegują się uchatki, niezbyt zadowolone z naszego przemarszu.
Coraz trudniej je zauważyć, szczególnie że zaczyna padać deszcz ze śniegiem i coraz mocniej wieje. Kamień na grobie Shackletona góruje nad cmentarzem. Otaczamy go kręgiem i zapalamy przywiezione z Polski biało-czerwone znicze marki Bispol.
Chwilę refleksji, nad trudnym do wyobrażenia hartem ducha, odwagą Shackletona i jego kompanów, dopełnia wzniesiony przez Piotra toast "za tych co na morzu". Stoimy w coraz bardziej rzęsistym deszczu, w naszych goretexach, oceanicznych sztormiakach, bluzach merino i super lekkich, mrozoodpornych, piankowych kaloszach, myśląc o tych których ponad sto lat temu wyzwanie zagnało w te strony, z nieco mniej komfortowymi zasobami i w nieco bardziej surowych warunkach.

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

Andrzej pozdrawia Jagódkę oraz Ole, Marka, Gosie, Kubę i Bartka, a także kochane wnuki Agatkę, Karolinkę, Anie, Piotra i Krzysia. Jacek z okazji zbliżającej się okrągłej rocznicy ślubu, śle całusy dla kochanej Żony Lusi. Kasia - Rodzinkę i Przyjaciół. Pozdrawiamy Robercika D. i wszystkich Selmowiczów! Rysio - Elę oraz całą załogę kancelarii, Asia wszystkich którzy trzymają za nią kciuki w wyzwaniach na końcu świata. Mirek Justynę i Maję, ukochanych zięciów oraz Janka i Iwa. Pozdrawiamy oczywiście wszystkich czytających!


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk

.
2022-10-26
Georgia Południowa
Nie wiemy co napisać, może to sztampa, ale po prostu brakuje nam słów. Georgia nas onieśmieliła, olśniła i oczarowała.
W sobotę 22.10, rzucamy kotwice w Right Whale Bay, odgłosy zwierzaków i zapach lądu jeszcze bardziej podbijają nasze nastroje że oto po 7 dniach żeglugi, podczas której mijały nas tylko samotne lodowe growlery, dotarliśmy tu! Niedzielny słoneczny i wietrzny poranek zaczynamy od wodowania pontonu i wyprawy pierwszej grupy, która wyrusza sprawdzić warunki lądowania, a w szczególności przybój. Ekipa wraca w powiększonym gronie, bo nasza obecność w zatoce zauważył już lampart morski który zainteresował się bąbelkami powietrza wytwarzanymi przez płynący ponton.

Załoga w kilku turach ląduje w końcu na brzegu i odtąd poruszamy się wspólnie żeby nie prowokować uchatek broniących swojego obszaru oraz nie stresować innych zwierzaków których terytorium odwiedzamy. Uchatki jak się później przekonujemy, potrafią biegać dość sprawnie broniąc swojego terytorium, unikamy więc wchodzenia im w drogę, m.in. staramy się nie przecinać im dostępu do linii wody.

Piotr przypomina nam zasady poruszania się na Georgii, m.in. że nie zbliżamy się na więcej niż 5 metrów do zwierzaków. Mniejsza odległość np. do pingwinów powoduje, że te zaczynają się stresować w związku z czym zużywają więcej energii, którą normalnie spożytkowałyby na obronę przed drapieżnikami.

Niektóre pingwiny są jednak dość ciekawskie i gdy nie ruszamy się przez jakiś czas i zastygniemy w skulonej pozycji, same podchodzą i ciekawsko przekręcając łebki próbują wywnioskować co to za dziwne, czerwono-żółto-szare nowe zwierzaki przybyły do zatoki.

Czujemy się trochę jak w bajce, lub jak bohaterowie egzotycznego filmu przyrodniczego, gdy w zwolnionym tempie i prawie bez słów, kontynuujemy nasz magiczny spacer. To, co dzieje się wokół, nie do końca wydaje się realne.
Widzimy na przykład jak potężny słoń morski zagania młode samice do swojego "haremu", tuz obok matki karmią swoje małe, a w środku tego wszystkiego ktoś z nas nagle dostrzega, że jedna z samic rodzi malutkiego słonika morskiego.

Niesamowity, ale jakże naturalny spektakl, cykl życia i śmierci, którego jesteśmy świadkami i uczestnikami. Na jacht wracamy w zupełnej ciszy. Zmęczeni i uśmiechnięci.

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

P.S. Andrzej pozdrawia Jagódkę, Mirek pozdrawia Ewę, a Wojtek Sylwię, Emilkę, Dawidka i Kamilka. Dziadek Rysio natomiast Kacpra i Kubę oraz śle całusy dla Eli. Mirek jeszcze Iwa i Janka. Michał oczywiście Basieńkę. A Prezes całą Rodzinę i załogę Bispolu. Asia i Dominika odsypiają ciężką wachtę ale też gorąco pozdrawiają. Artur steruje i też śle życzenia. Asia się obudziła i pozdrawia Olę, Dominikę, najsłodszego Pączusia i Arka - swoją bezpieczną przystań. Kasia Acię i Niniego. Piotr pozdrawia wszystkich. zdjęcia by Asia Stasiewska i Kasia Korsieko Wojcik










.
2022-10-23
Port Stanley - Georgia Południowa
Cumy oddane,

Paul macha do nas z kei na 'Do Widzenia', załoga w błękitno-morskich polarkach 'made by' Jacek Prezes jeszcze raz po raz nieśmiało spogląda za siebie, ale fakt pozostaje faktem, Falklandy mamy za rufą!

Nareszcie po trzech sezonach oczekiwania, a to na koniec pandemii a to na rozwiązanie innych światowych zawirowań, Selma z nami obiera kurs na Georgię Południową!

Przy wyjściu ze Stanley harbour towarzyszą nam delfiny Cephalorhynchus commersonii, których jasne grzbiety połyskują w drobnych jeszcze falach, choć prognoza zapowiada w porywach do 50 węzłów.

Zanim wyruszyliśmy, Alison z mariny przy pomocy dwóch uroczych psiaków Kinga i Huntera przeprowadziła pierwszą z procedur South Georgia Bio Security Check, czyli inspekcję czy aby nie zabieramy jakiegoś szczura lub innego gryzonia na gapę. Przepisy dla odwiedzających SG są bardzo restrykcyjne i dotycza wszystkich jednostek przybywających na wyspy. Zasady, które momentami mogą wydać się dość skomplikowane mają na celu ochronę fauny i flory jednego z nielicznych miejsc na świecie gdzie obecność człowieka nie jest jeszcze dominująca. Inspekcja Kinga i Huntera przebiega pomyslnie, Selma zostaje zaraportowana jako 'rates free'. Kolejne etapy bio check wykonujemy już samodzielnie, zaczynając od obejrzenia obowiązkowego dla wszystkich odwiedzajacych filmu z narracją David'a Attenborough oraz indywidualnego testu wiedzy o zasadach dla odwiedzających.

Obieranie z łupinek warzyw bulwiastych takich jak cebula i czosnek, czyszczenia rzepów kurtek z drobinek ziemi i innych pozostałości które się tam zaplątały i mogły by zakłócić środowisko SG, sprawdzanie po raz kolejny podeszew butów czy aby gdzieś nie zawieruszyło się nasionko przywiezione z naszych szerokości, to kolejne procedury bio check. Zadania żmudne ale ważne. W nagrodę za pomyślne zakończenie procedury, Jacek z Mirkiem serwują genialny żurek staropolski, który oprócz tego że krzepi to przypomina nam o naszych bliskich, rodzinie i przyjaciołach. Tęsknimy za Wami i wraz z podmuchami antarktycznego wiatru ślemy mnóstwo uścisków!

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.


fot. Kasia Korsieko


fot. Kasia Korsieko


fot. Kasia Korsieko


fot. Kasia Korsieko

.
2022-10-21
Teneryfa - Itajai - podsumowanieCzas na podsumowanie atlantyckiej przygody:

Przypłynęliśmy !!
Itajai radośnie wita nas słońcem.

Za nami 4472 Mm, 768 godzin żeglugi bez autopilota.
Trzydzieści cztery dni na Oceanie Atlantyckim.

To była dla mnie WIELKA przygoda. Załoga „G”, znaczy genialna. Bawiłam się cudownie i śmiałam do łez.

A do tego piękne okoliczności przyrody: bezkres oceanu, magiczne gwiaździste noce z księżycem w pełni lub absolutna ciemność, czarna dziura.
Spadające gwiazdy. Słońce, wiatr, deszcz.

Wielkie stada delfinów bawiących się w pobliżu nas, meduzy nazywane ”żeglarzem portugalskim”.
Pływanie baksztagiem, półwiatrem, bajdewindem. Genua lub genaker stawiane w zależności od warunków.

Dni i godziny szybko się zacierały, liczyłam je od wachty do wachty. A na wachtach muzyka w tle: jazz, chillout, argentyńskie tango, chip chop lub rok - w zależności od upodobań sternika i pogody.

Albo tylko szum oceanu.
Sterowanie na wiatr i słowa Michała „poczuj to…” - no … nie było łatwo i kilka razy miałam ochotę przegryźć Michałowi aortę.

Życie toczyło się w mesie i na pokładzie, częściowo w kambuzie, bo tam też „pobierałam” lekcje hiszpańskiego od Leandro, w czasie gdy przygotowywał jedzenie dla załogi. Kuchnia w każdej wachcie kambuzowej w pełni eksperymentalna.
Czekolada, która nie tuczy i czasami coś z „bakisty szczęścia” na deser.
Pierogi ugotowane przez Leandra, pieczone przez Michała chleby kiedy skończyły się "sztuczne podeszwy” czyli chleb tostowy i pyszna wegańska szarlotka Wojtka.

Równik przyszedł za szybko i nie byliśmy przygotowani na świętowanie. Krzyża południa chyba nie rozpoznaliśmy na niebie.

A teraz podziękowania, jak przy rozdaniu Oskarów.

Dziękuję :

- Piotrowi i Michałowi, że mogłam tam być i przeżyć to wszystko
- Leandro za to, że mogłam zawsze liczyć na jego pomoc i za cierpliwość i poczucie humoru przy nauce hiszpańskiego
- Wiktorowi za to, że rozbawiał mnie do łez
- Ivanowi, że nie musiałam gotować i on w naszej wachcie kambuzowej „obrywał baty" jak coś nie wyszło
- Mariuszowi, że zawsze zmieniał mnie na wachcie wcześniej, poza jedną wsypą, ale o tym już nie pamiętam
- Wojtkowi za radość i pyszne ciasta
- Kubie za całokształt, bo bardzo bym chciała mieć takiego starszego brata jak on

SPECJALNE podziękowania dla MARCO WEBERA, brazylijskiego przyjaciela Selmy, który mieszka w Itajai i zawsze bardzo pomaga ogarnąć brazylijską rzeczywistość.

No…. to na tyle …

A w marinie : gorący prysznic (!!) i przygotowanie Selmy do następnego etapu, porządki pod pokładem, uporządkowanie żagli (na miejscu do lądowania helikopterów).
A wieczorem … smaki Brazylii: caipirinha i pasteis.
Załoga rozjechała się do domów ale zostały nowe przyjaźnie i wspomnienia.

Ela


fot. Ela Hołowienko


fot. Ela Hołowienko


fot. Mariusz Występek. Dama w bieli - Ela

.