Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2018-11-15
Isla Picton

Isla Picton



.
2018-11-13
Drake Passage

Połowa Drake'a



.
2018-11-12
Drake Passage

Selma już w drodze powrotnej do Ushuaia.



.
2018-11-10
Antarktyda
Melchior Islands



.
2018-11-10
Wyspa CuvervilleZ Cuverville wyruszyliśmy rano, we mgle, a śnieg (prawie) nie padał. Planowaliśmy dotrzeć do Port Lockroy, o ile to będzie możliwe przez cieśninę Neumayer. Osiem godzin pokonywaliśmy pasy paku lodowego i kry żeby cztery mile przed celem stwierdzić, że dalej się nie da, lód jest zbity zbyt gęsto. I że dzielni podwachtowi z tyczkami ten cały lód na darmo odpychali. I że jeszcze trzeba wrócić tą samą drogą a potem płynąć naokoło. Morale nie upadło tylko dlatego, że po raz pierwszy nie padał śnieg i czasem prześwitywało coś niebiesko między chmurami. W końcu, kiedy tuż po zachodzie słońca przepchnęliśmy się przez Peltier Channel i dotarliśmy do Port Lockroy, okazało się że nie da się tam rzucić kotwicy. Bo połowa zatoki jest zamarznięta. Wtedy kierownik wycieczki z kamienną twarzą oznajmił, że przecież nie ma problemu, jak tak, to my zacumujemy do tego lodu.


fot.Maciek Jabłoński

Ponieważ „tego jeszcze nie grali” to wstąpił w nas nowy duch. Mateusz ciął szlifierką świder do wiercenia dziur w lodzie, ktoś biegał z cumami i drewnianymi kołkami, ktoś inny wieszał odbijacze a reszta odpychała tyczkami jakiś uparty odłamek góry lodowej. A „Selma” stała spokojnie na małej naprzód oparta dziobem o krawędź białego pola. Potem Piter równie spokojnie wyszedł na zaśnieżony lód, na wszelki wypadek w suchym kombinezonie. Tam wywiercił dwa przeręble i zainstalował w nich drewniane kołki, do których przywiązał cumy. I już. Staliśmy jak przy kei, a słońce zachodziło za górami. Prawdopodobnie to wydarzenie przekonało kogoś gdzieś na górze, że jesteśmy uparci i łatwo się nie poddamy. Bo kiedy obudziliśmy się następnego dnia na niebie nie było ani jednej chmurki.


fot.Maciek Jabłoński


fot.Maciek Jabłoński

Po śniadaniu od razu pojechaliśmy oglądać miejscowe pingwinisko. Antarktyczne słońce paliło twarze, mroźne powietrze było idealnie przejrzyste, widoki na góry dookoła bajkowe, a zwierzaki dokazywały na całego.


fot.Arek Łaskowski

Piękna pogoda towarzyszyła nam przez następne 2 dni. Sukcesów w przedzieraniu się przez lód mieliśmy za to jakby mniej. Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w stronę cieśniny Le Mair. Znowu wykonaliśmy wielogodzinny slalom pomiędzy growlerami, aż w końcu okazało się że do cieśniny nie wjedziemy. Odbiliśmy na zachód, w Nimrod Passage, przychodził stamtąd oceaniczny rozkołys i nie ułatwiał on nam jazdy przez lód. Tam minęliśmy dwie gigantyczne góry lodowe które wyglądały jak oderwane kawałki lądu. Większa z nich miała około dwóch mili długości. Potem na południe i znowu na wschód w French Passage, już po zmroku. Chcieliśmy dotrzeć do ukraińskiej stacji Vernadsky. Kiedy tylko podjechaliśmy na odległość 5 mil w zapadającej szarówce było widać wyraźnie że dostęp do wysp jest zamknięty przez spiętrzony lód. Potwierdziła to radiowa rozmowa z dość zaskoczonym pracownikiem stacji. Zaskoczonym, bo o tej porze roku dopływają do nich częściej lodołamacze niż jachty.


fot.Maciek Jabłoński

Mówi się trudno, wracamy, dalej na południe się nie da. Rychło w czas, bo okazało się że pola paku powoli zamykały nam odwrót. Krótką, jasną noc spędziliśmy w dryfie, na wolnej wodzie w okolicy dwóch wielkich icebergów, a rano ruszyliśmy na północ.
Kolejnego dnia lód zablokował nam drogę dwa razy, w Paradise Bay, i przed Neko Harbour. I to mimo Grześka, który parę godzin marzł wysoko na maszcie, wyszukiwał przejście i instruował przez radio sternika. Z drugiej strony jak powiedzieliśmy, że już może schodzić, odmówił. Powiedział że widok ma taki, że nie zejdzie i chce tylko nowe baterie do kamerki.

fot.Grzesiek Proszowski

Po prawie dwóch dobach stanęliśmy w końcu na kotwicy koło wyspy, uwaga - Cuverville! Ale tym razem od północnej strony i tym razem pogoda była tak piękna, że z trudem poznawaliśmy to miejsce. Błażej zdjęcia: 1-4, Maciek Jabłoński 5, Grzesiek Proszowski 6, Arek Łaskowski

Błażej
2018-11-09
Wyspa Cuverville
fot.Błażej Worsztynowicz

Bladym świtem, blada załoga wyszła na zaśnieżony pokład Selmy i usiłowała z gracją uczestniczyć w manewrach. Odchodziliśmy od wraku Governoren. W skład manewrów weszły m.in. odśnieżanie, odpychanie growlerów strumieniem wody wyrzucanej spod śruby, nawrotka w miejscu i skoki Mateusza nad cumą w pontonie. Ostatecznie znowu się udało, ale pozostał żal że nikt nie miał czasu na filmowanie. Jak tylko ruszyliśmy, zgodnie z prognozą która przewidywała brak wiatru i słońce, zaczęło wiać ok 40 węzłów i widoczność spadła do jednej mili.
My tego dnia pokonaliśmy całe 25 mil i w samo południe rzuciliśmy kotwicę koło wyspy Cuverville, gdzie znajduje się duża kolonia pingwinów białobrewych. W solidnej śnieżycy wsiedliśmy w ponton i pojechaliśmy na zwiedzanie. Okazało się, że szukanie miejsca do lądowania na brzegu w tych warunkach może być ryzykowne. Prawie udało nam się przycumować do słonia morskiego, który udawał duży, przysypany śniegiem kamień.
Przypadkowo wybraliśmy inny, pięć metrów obok. Byliśmy tak spostrzegawczy, a słoń tak zaspany, że dopiero jak pierwsza ekipa wysiadła z pontonu a ja odjechałem po następną, ktoś zauważył że tamten kamień ma płetwy. W końcu obudził się, łypnął na nas parę razy i pokazał nam swoją tylną stronę. Może też miał dość tej śnieżycy.


fot.Błażej Worsztynowicz

Pingwiny za to wydawały się nie zwracać na nią żadnej uwagi i zajmowały się tym czym się zajmują wszystkie ptaszki wiosną. Czyli sobą nawzajem. Chwilami było nawet trochę głupio patrzeć, szczególnie że prawie wcale nie przejmowały się naszą obecnością.
Widowisko było wspaniałe, pouczające i byliśmy przekonani, że lada chwila usłyszymy dobiegający gdzieś z góry głos Krystyny Czubówny.
Potem wróciliśmy na jacht, a tam czekał na nas Piter z niespodzianką - pieczenią z czosnkiem, śliwkami i pieczoną marchewką, pachniało ze stu metrów. Po straszliwym obżarstwie załoga łatwo wybaczyła mu pomysł kolejnej pobudki o czwartej.


fot.Zbyszek Ostapiuk


fot.Zbyszek Ostapiuk

Błażej
2018-11-08
Enterprise Island
fot.Błażej Worsztynowicz

Śnieg padał przez następny dzień, cały dzień bez chwili przerwy. Zgodnie z prognozą dołączył do niego silny wiatr i poranne wycieczki pontonowe zostały odwołane, fala była za duża. Pogoda nie pozwala nam zapomnieć, że jesteśmy tutaj o dosyć niepopularnej porze roku.


fot.Błażej Worsztynowicz

Po południu wiatr odpuszcza, (śnieżyca nie) i na dwie tury jedziemy na brzeg.
Powierzchnia wody dookoła jachtu pokryta jest kilkucentymetrową warstwą niezupełnie roztopionego śniegu, fachowa nazwa lepa. Pływa w niej trochę lodowego gruzu, co wystarczy żeby blokować ponton. Nie szkodzi, pagaj wystawiony przed dziób i mamy prawie lodołamacz.


fot.Zbyszek Ostapiuk

W zamieci śnieżnej wycieczka zdobywa szczyt małego lodowca górującego nad zatoczką. Ja zostaję na dole pilnować pontonu i zaprzyjaźniam się z samotnym pingwinem białobrewym. Wyskoczył na kamienie prawie pionowo z wody tuż obok mnie i chyba był równie zdziwiony jak ja.


fot.Błażej Worsztynowicz

Po powrocie wszystkie sztormiaki nadają się do suszenia, padający śnieg zrobił się mokry i ciężki. „Selmę” odśnieżamy na bieżąco, ale i tak miejscami jest prawie do kolan. Nie wiadomo skąd na pokładzie pojawiają się bałwany.
Po kolacji Piter oznajmia, że jutro startujemy o czwartej rano, bo jeśli to, co nas otacza zamarznie, trzeba będzie przebukować niektórym bilety na samolot. Traktujemy to jako dobry żarcik, szczególnie tą czwartą rano i idziemy spać.


fot.Zbyszek Ostapiuk

Dział pozdrowień:
Natalia pozdrawia rodzinę i znajomych,
Marta pozdrawia jak wyżej, ale swoją rodzinę i innych znajomych ( w sumie Natalii rodzinę też pozdrawia )


Błażej
2018-11-07
Antarktyda
Port Lockroy



.
2018-11-06
Antarktyda
Zatokę Mikkelsen na wyspie Trinity musieliśmy pożegnać wcześnie rano. Prognozy na następny dzień zapowiadały sztorm i silne opady śniegu i musieliśmy szukać lepszego schronienia. Kierunek południe, cel wrak statku „Governoren" w zatoczce na wyspie Enterprise. Pogoda póki co jest dobra, świeci słońce wieje lekki wiaterek i pięćdziesiąt mil pokonujemy bez problemów.

Po dotarciu na miejsce, wysłany na zwiad ponton z trójką śmiałków stwierdził lekkie zagracenie zatoczki pływającym lodem i trzy foki. Cumowanie Selmy do wraku przebiegło sprawnie, ekipa na pontonie starała się przeszkadzać jak najmniej. Tuż po tym, korzystając z chwili bez wiatru, podwieszony pod sztagiem Piter, zrzucił porwanego kliwra.

W międzyczasie śpiąca na wielkiej krze 30 metrów od jachtu foczka zaczęła się wiercić i leniwie spoglądać w naszą stronę. „Jakaś dziwna ta foka, duża taka”, okazała się być lampartem morskim.

Zapanowało poruszenie, okrzyki radości i trzask migawek. Kolejnym zadaniem było wyholowanie z z zatoczki większych kawałków lodu, które mogłyby zagrozić kadłubowi Selmy. Niestety pierwsza ekipa pontonowa szybko zniechęciła się kiedy lampart ożywił się, zlazł z kry i podpłynął się przywitać. Druga ekipa wróciła równie szybko, kiedy okazało się że lampartowi nie chodzi wcale o powitanie. Chyba miał do nas jakieś pretensje. Postanowiliśmy wziąć drania na przeczekanie i zjeść kolację. Duża kra, na której wcześniej leżał, powoli obracała się i zbliżała do jachtu, musieliśmy coś na spokojnie wymyślić.

Po kolacji lamparta ani widu ani słychu. Wsiedliśmy znowu w ponton żeby znaleźć miejsce do przywiązania lin blokujących lód. Jak tylko podpłynęliśmy pod brzeg z wody wychynął wielki łeb i daję słowo że się uśmiechał. Gonił nas do samego jachtu. W związku z tym kapitan Piter zarządził że ta duża kra jest niegroźna, a nocne wachty będą się w tym upewniać.

Rano okazało się, że w nocy zaczął padać śnieg i zapadał wszystko dokumentnie. A lód zgromadził się bezpiecznie w drugim końcu zatoki. Przemiłe zwierzątko musiało wiedzieć że tak będzie i zwyczajnie chciało oszczędzić nam niepotrzebnej roboty.

Błażej

Dział pozdrowień:
Dla Jadzi i Mariana od Zalogi i Kapitana
od Arka dla Pauliny, Karoliny, Oli z rodzinami i Ernesta solo
od „lodowatego” pozdrowienia dla Wszystkich i calusy dla zony Alicji
dla Garbarka, Kostka i Zuzy - Ciemek :)
Grzesiu nie pozdrawia bo myje naczynia


fot. Błażej Worsztynowicz


fot. Natalia Siódmiak


fot. Natalia Siódmiak

.
2018-11-04
1800 LT
Antarktyda
Nansen Island



.
2018-11-04
0900 LT
Antarktyda, Trinity Island
Cieśninę Drake`a pokonaliśmy w czasie 5 i pół doby, przepłynęliśmy 770 mil. Chociaż słowo „pokonaliśmy” jest tutaj nie na miejscu, bo tak naprawdę Cieśnina Drake`a łaskawie pozwoliła nam przedostać się na półwysep Antarktyczny, po drodze pokazując tylko trochę ze swoich możliwości. Co wystarczyło, żeby przez pierwsze 2 dni frekwencja na śniadaniach była słaba. Właściwie żadna. Pogoda zmieniała się równie szybko jak prognozy i pierwsza właściwie nie nadążała Do trudnych warunków podchodziliśmy oczywiście z humorem, pozwolę sobie zacytować np. kolegę Arka: „Odsuń się bo zaraz będziesz miał ten kombinezon w kropki”, albo „Będziesz jadł?”, „Nieee szkoda marnować”. Wachtującym na pokładzie sternikom, oprócz fal i zimna, towarzyszyły także ptaki. Petrele, warcabniki i albatrosy, wśród nich te największe, majestatyczne albatrosy wędrowne.

Jeden z „bocznych i niespodziewanych” grzywaczy oprócz tego, że solidnie przechylił nam łódkę, dostał się poprzez niezamknięty wywietrznik i zafundował prysznic śpiącemu w rufowej koi Piotrkowi. Ten gwałtownie się obudził i usiadł nie bacząc na koję nad sobą. Niektórych przekleństw nie znałem.
Przez te parę dni dostało się też trochę dzielnej „Selmie”. Wyrwał się z mocowania w żaglu jeden z wózków grota, a koła ratunkowe wyrwały się z taśm mocujących na rufie i odpłynęły w stronę Afryki. W nocy ( oczywiście ) tuż przed tym jak miał być zwijany, porwał się niestety na pół duży kliwer, przysparzając nam mnóstwa hałaśliwych nocnych atrakcji.

W końcu, kiedy Marta z błędnym wzrokiem wyznała, że oto stała się świadkiem jak ewolucja wyeliminowała słabe ogniwo, czyli ją, pogoda zaczęła się poprawiać. Wyszło słońce, a kambuz zaserwował dwudaniowy obiad, na który stawił się cały skład. Tego dnia, kiedy pyrkaliśmy sobie na silniku na długiej spokojnej fali, na horyzoncie pojawiły się fontanny wydmuchiwane przez wieloryby. Za chwilę mijaliśmy się z nimi w pewnej odległości. Kapitan, który akurat wisiał przy maszcie i razem z siostrzeńcem Adamem naprawiał wózek grota, nie zwrócił uwagi na dziwne manewry, które wykonywał sternik żeby zmylić wieloryby. W końcu udało się, jeden z nich zaintrygowany zjawiskiem, zawrócił żeby przyjrzeć nam się z bliska. Wtedy okazało się, że są to rzadziej spotykane Sejwale, a my mogliśmy obserwować wielkie cielsko przewalające się tuż za rufą „Selmy”.

Ponieważ istniało ryzyko spotkania dryfującego lodu przez dwie ostatnie noce wystawialiśmy dodatkowe wachty lodowe, których zadaniem było wypatrywanie lodu, ostrzeganie sternika i marznięcie w okolicach masztu. Ze względu na to ryzyko i na silny wiatr ostatnią noc spędziliśmy stojąc w dryfie, a rano we mgle i padającym śniegu wpłynęliśmy ostrożnie pomiędzy wyspy, których wypatrywaliśmy bezskutecznie przez resztę dnia. W końcu widoczność trochę poprawiła się, rychło w czas, bo wpłynęliśmy w obszar dryfujących gór lodowych i growlerów. Niektóre z gór były naprawdę ogromne, i przepływaliśmy na tyle blisko, że niektórzy pozwolili sobie zrobić z nimi tzw. selfiaczka. A slalom między icebergami, w tężejącym znowu wietrze, wyraźnie poprawił humor kapitana. Kotwicę rzucaliśmy tego dnia pod wieczór, w zatoce Mikkelsen, na wyspie Trinity. W szkwałach zrywających kaptur, poziomo padającym deszczu ze śniegiem i pod krytycznym spojrzeniem stojących na brzegu pingwinów.

Błażej


fot. Grzegorz Proszowski


fot. Zbyszek Ostapiuk


fot. Maciej Jabłoński


fot. Maciej Jabłoński

.
2018-11-02
Półwysep Antarktyczny
Selma zbliża się do Trinity Island.



.
2018-10-30
Drake Passage
Nawet najlepsze przedmioty nie są wieczne :(
I tak YB tracker na Selmie odmówił współpracy. Do czasu dostarczenia nowego egzemplarza wracamy do niezawodnej, ręcznej metody śledzenia trasy Selmy :)

Na razie mają wiatr na zmianę 30 kn albo 5kn i martwą falę.
Pozycja 60 14,8 S 064 56 W



.
2018-10-27
Ziemia Ognista, Zatoka RelegadaSelma wystartowała do kolejnego rejsu we wtorek 23 października. Załoga w silnym składzie: Piotr czyli kapitan, Jurek, Grzesiek, Arek, Zbyszek i Natalia, Maciek, Adam, Mateusz, Marta, Błażej oraz kolejny Piotr i jego bagaż, który to bagaż podróżował zupełnie inną trasą niż jego właściciel i zanosiło się, że zabawi dłużej w Brazylii. Po wielu negocjacjach i zabiegach, udało go się przekonać, żeby do nas dołączył w Ushuaia i wreszcie mogliśmy ruszać.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy jeszcze w kanale Beagle'a. Stanęliśmy na kotwicy w zatoce Relegada, gdzie następnego zwiedziliśmy Estancia Haberton. Po atrakcjach muzealnych w drodze powrotnej spotkaliśmy lokalnego gaucho z wiadrem pełnym muli - twierdził, że wiezie je do restauracji w Ushuaia. Tak zrodził się plan nocnego połowu muli, nocnego z powodu odpływu, który wypadał akurat koło północy i obiecywał łatwy dostęp do muszelek na brzegu. Jak poinstruował nas kapitan, żeby pozyskać omułka i oderwać go od kamienia trzeba mu urwać bisiora. Po kolacji wsiedliśmy w ponton, oczywiście tylko ci z nas, którzy nie bali się urywać bisiorów, i pojechaliśmy na brzeg w blasku księżyca. Obfitość na brzegu okazała się być przeogromna, zebraliśmy trzy wiadra muszelek, pogadaliśmy z wielkim krabem i wróciliśmy na jacht.


fot. Grzesiek Proszowski


fot. Grzesiek Proszowski

Ponieważ prognozy na Drake`a nie były korzystne, kolejny poranek spędziliśmy na skrobaniu i gotowaniu zawartości wiader. Żeby upewnić się co do tego, że omułki z zatoki Relegada faktycznie wolne są od zarazy mare rojo, postanowiliśmy nakarmić próbną porcją kapitana. Kiedy po kilku godzinach nie zesztywniał bardziej niż normalnie, zjedliśmy wyborny obiad z „mule a la marinara” w ilości dwa wiadra.



fot. Grzesiek Proszowski

Prognozy na następny dzień wciąż nie były optymistyczne, więc kolejnym punktem programu było ognisko na brzegu, w końcu nazwa „ziemia ognista” zobowiązuje. Udało się znakomicie, gdy w cieśninie Drake`a szalał sztorm, my mieliśmy ciepły i bezwietrzny wieczór, piękny zachód słońca, widok na zatokę i „Selmę” stojącą na kotwicy. Rozczuleni tym widokiem i partyzanckimi plackami z ogniska, wypiliśmy prawie cały zapas mocnego alkoholu przewidziany na rejs. Nie było tego wiele, ale siedzieliśmy prawie do świtu i okazało się, że prawdziwy żeglarz zaśnie nawet na gałęzi.



fot. Arek Łaskowski

Trzeci dzień w zatoce Relegada zaczął się późno, ale pojawiła się iskierka nadziei, że kolejnego dnia rano pogoda pozwoli nam ruszyć na południe. Zjedliśmy zupę na mulach (rzecz jasna), zamieniliśmy mesę Selmy w salę kinową i jakoś dotrwaliśmy do wieczora. Rano potwierdziliśmy prognozy, kotwica w górę i wreszcie ruszamy, kierunek Antarktyda!

Błażej
2018-10-09
itajai - ushuaia
Itajai - Puerto madryn - Isla de los Estados - Ushuaia
5 wrzesień - 6 październik 2018































.
2018-09-30
Puerto Parry, Isla de los Estados
Nie oczekuj za dużo od słabych wiatrów mówią. No i pewnie mają rację. Ale jak tu nie oczekiwać jak się człowiek na południe spieszy? No właśnie wtedy się oczekuje najbardziej: że powieje z dobrego kierunku, że mocno powieje, że chociaż powieje w ogóle, że może skoro już nie wieje, to przynajmniej przeciwnych prądów nie będzie. No myślenie życzeniowe to było wszystko. Bo wiać z sensem nie chciało. Dużą część wyjących pięćdziesiątek spędziłem głównie wyjąc z frustracji, potęgowanej zerkaniem na ubywające paliwo. Jedyne co nam osładzało codziennie życie, to widok delfinów, które bawiły się obok nas, coś klikając czasami. Próbuje uczyć się delfiniego, ale idzie mi jeszcze opornie. Patrząc na inteligentne i uśmiechnięte pyski, mam wrażenie, że mogę popełniać kardynalne błędy i mówić rzeczy niemądre. Przypomina mi się zawsze wtedy cytat z „Autostopem przez Galaktykę”, który podejrzałem u Błażeja (niestety nie spotkamy się jak liczyłem w Ushuaia, przyjeżdża Błażej chwilę po moim wyjeździe): „Rzeczą ważną i powszechnie znaną jest, że nie zawsze wszystko jest tak, jak się wydaje. Na przykład na planecie Ziemia ludzie zawsze uważali, że są bardziej inteligentni od delfinów, ponieważ tyle udało im się osiągnąć - koło, Nowy Jork, wojny i tak dalej a wszystko, co kiedykolwiek osiągnęły delfiny, to beztroskie moczenie się w wodzie. I na odwrót, delfiny zawsze uważały, że są znacznie bardziej inteligentne niż ludzie - z dokładnie tych samych powodów.”

I tak czytając, jedząc, wachtując, śpiąc i prowadząc niekończące się rozmowy, wsparte drobnymi złośliwościami mknęliśmy z mizerną prędkością na południe. Czasami prędkość spadała, jak wtedy, gdy kilkadziesiąt mil od przylądka Cabo Blanco zatrzymał nas silny prąd. Ale potem się zmienił i znów płynęliśmy szybciej, czasami stawialiśmy żagle, głównie jednak czekaliśmy na wiatr. Okoliczne ptactwo się z nas nabijało. Ruch statków niewielki, więc byliśmy skazani na wesołą naturę. Wiatr w końcu przyszedł, ale na krótko. 38 godzin żeglowaliśmy baksztagami robiąc po 170 mil na dobę, ale na 100 mil przed Isla de los Estados wiatr znowu siadł. Zostawił jednak po sobie przykrą, dwu metrową falę. I presję czasu, gdyż na sobotę rano, najpóźniej, mieliśmy się stawić od północnej strony na kotwicowisku. Zbliżał się silny sztorm z południowego zachodu. A tu znowu silnik, fala, przeciwne prądy, niepewność, czy zdążymy do wąskiego przesmyku w bramkach pływowych i co za nim zastaniemy. Moment wynurzenia się Isla de los Estados z mgły był spektakularny.

Dla takich chwil warto żeglować. Ciemne, porośnięte powykrzywianymi drzewami szczyty. Ośnieżone, ostre, ponacinane głębokimi dolinami. My kierowaliśmy się do Puerto Parry, głębokiego fiordu, który okalają pionowe ściany z olbrzymim wodospadem. Jest tam bezpieczna boja, bo na kotwicę trochę za głęboko, i stacja Prefektury. Po krótkich negocjacjach dostajemy zgodę na zacumowanie. Płyniemy na ląd poznać się z dwiema parami i psem. Spędzą tam 20 dni, są mili, pytają, czy potrzeba nam wody, narzędzi (to główne pytania z niewielu jachtów, które odwiedzają to miejsce), zabierają na wycieczkę. Jedyna możliwość, bo pogoda się zaraz popsuje. Wręczamy im Żubrówkę, oni nam kawę i dulce de leche. Na Selmie ciepło, ogrzewanie działa, bierzemy kąpiele, jemy, świętujemy urodziny młodego Mateusza. Patrzymy na piękne, zielono brązowe szczyty, na skały, na wodę spadającą do zatoki. Jeszcze chwila i to wszystko się zmieni.

W nocy przychodzi sztorm. Zatoka jest świetnie osłonięta, ale przez cała noc i następny dzień schodzą do niej gwałtowne szkwały. Nawet pod 80 węzłów. Ciężko ustać. I przynoszą śnieg. I lód. Selma bardzo szybko się nimi pokrywa. Podobnie jak wszystko dookoła. Widok zarówno zapiera dech w piersiach jak i przeraża. Pilnujemy się cała noc-czy liny się nie przecierają, czy zmieniający się o 180 stopni wiatr nie pchnie nas boje, wdychamy zapach zimy. W środku nocy znajduje małego petrela na nadbudówce, wydaje się przemęczony. Zabieram go do środka. Boi się. Wypuszczam na rufę. Ale zaraz wraca i czeka pod drzwiami. W wysłanym pudełku, chroniony przed światłem przejedzie z nami sztormowa noc w nadbudówce, gdzie mam pokój z widokiem (teraz gorszym bo szyby w śniegu i lodzie) i odleci dopiero nad ranem, kiedy wszyscy śpią, Adaś z Tomkiem wachtują, a ja zerkam na Selmę i piszę relacje.

Pijemy kawę za kawą. Szczęśliwi że na boi, bo w morzu musi być po prostu źle teraz. Jeszcze postoimy tu chwilę, rozkoszując się surowym pięknem Wyspy i ruszamy na Horn.

Mat i załoga
2018-09-28
Atlantyk
Z Itajai do Puerto Madryn
Powiedzieć, że zatoka Golfo Novo, na której zachodnim krańcu znajduje się Puerto Madryn, jest fantastyczna, to nic nie powiedzieć - parafrazując znanego pisarza. Wszyscy byliśmy oniemiali. Ale zanim to nastąpiło musieliśmy przecież tam dotrzeć. Po wypłynięciu z Itajai nasze losy układały się nad wyraz spokojnie, jak na jeden z bardziej wietrznych rejonów. Nawet niepokojąco za spokojnie. A później nawet frustrująco za spokojnie. Po słabych wiatrach pierwszej doby, które jednakowoż umożliwiły aklimatyzację i odpoczynek, postawiliśmy wszystkie żagle i wesoło, połówką, a potem baksztagiem pomknęliśmy na południe. Życie, jak to na łódce, dzieliliśmy między wachty, niezliczone kawy i herbaty, dogadzanie sobie jedzeniem i smakołykami, trymem Selmy i drobnymi pracami naprawczymi. Okna na przykład są tak wypolerowane, że można pomyśleć, że ich nie ma. Pojawiały się też książki (Ja np. skończyłem Elegię dla bidoków i połknąłem fantastyczną książkę o ośmiornicach - The Soul of Octopus: Surprising Exploration into the Wonder of Consciousness - Sy Montogomery), muzyka i rozmowy o wszystkim. Tematy nam się jeszcze nie skończyły. Niestety przestał pojawiać się wiatr i tak ostatnie dni przed Puerto Madryn płynęliśmy głównie na silniku w gęstej mgle, która to przychodziła, to znikała. Radar był nieoceniony, ale spotkań na wodzie na szczęście mało. No poza codziennymi, nocnymi spotkaniami z delfinami, niezliczoną ilością fok, kilkoma wielorybami i najróżniejszymi ptakami. Ilość życia na tych wodach jest niesamowita. Jeszcze bardziej niesamowita okazałą się być zatoka Golfo Novo, miejsce rozmnażania się Southern Right Whales - Eubalaena australis. Te cudowne, spokojne i ciekawskie olbrzymy pojawiały się już od wejścia: samce, samice z młodymi, pływając blisko łódki. Do tego radosne gromadki delfinów, lwy morskie, petrele. Raj.

We wtorek 18.09 rzuciliśmy kotwicę w Puerto Madryn. Nie ma tam żadnej jachtowej infrastruktury, ale kotwica trzyma dobrze. Po niezbyt uciążliwych formalnościach w Prefekturze, Cle i wizycie u oficerów imigracyjnych podjęliśmy dwóch Tomków i po krótkim zwiedzaniu wszyscy poszliśmy spać. Następny dzień przeznaczyliśmy na organizację: pranie, zakupy, paliwo (to ostatnie było niezłym wyzwaniem, ale zakończyło się sukcesem. Beczki, ponton, trochę wysiłku) i załatwienie czwartkowej wycieczki do Puerto Piramides i na Penisula Valdes gdzie skupiska wielorybów są największe.

Samo Puerto Madryn jest dosyć uroczym, turystycznym miasteczkiem z niezliczoną ilością knajp i restauracji, hotelami mniejszymi i większymi i ogromną ilością biur turystycznych. Wszystko to umieszczone w dosyć surowym krajobrazie, w zatoce, gdzie kierunki wiatru zmieniają się parę razy na dobę. Byliśmy tam jedynym jachtem, więc szybko zaprzyjaźniliśmy się z całą okolicą. Łącznie z lwami morskimi, które czasami tarasowały nam drogę z pontonu, przez schodki na górę mola Piedra Buena. Molo rozbudowują i niebawem będzie mogło pomieścić dwa, wielkie wycieczkowce. Mariny natomiast nie ma nigdzie, poza planami na papierze.

Wycieczka na wieloryby była oczywiście wspaniała - najpierw samochodem wzdłuż zatoki, a potem ribem prosto do wielorybów - były tak blisko, że prawie można było je głaskać. Ja niestety znam to tylko z opowieści - zostałem pilnować Selmy na kotwicy. Nie rozpaczałem jednak długo, gdyż wtedy gdy nasza 8 osobowa grupa wsiadała do riba, ja wskoczyłem do pontonu - tuż obok naszej Selmy pływały dwa, piękne wieloryby. Też je miałem na wyciągnięcie ręki. Bardzo ciekawskie, z zainteresowaniem się obserwowaliśmy przez dobre dwie godziny. Żałuję, że nie mogłem z nimi ponurkować, ale na to też przyjdzie czas.

Potem już została nam tylko ostatnia kolacja przed wypłynięciem, drobne zakupy, ostatni internet i już nas nie było, w zmieniającym się wietrze ruszyliśmy ku wyjściu z Golfo Novo, odprowadzani przez morskich mieszkańców i czujną kontrolę Prefektury, która wołała nas na radiu co godzinę. Nasza droga znów wypada na południe w kierunku Isla de los Estados. Zobaczymy co przyniesie nam pogoda tym razem.

Z pokładu Selmy uściski,

Mat i załoga.

.
2018-09-09
Atlantyk
Sporo się wydarzyło, między moim zejściem z Selmy na początku lipca, a wejściem chwilę później. Po pierwsze nie spodziewałem się, że tak szybko będę znowu na swoim ulubionym jachcie. Po drugie załoga remontowa wykonała ogrom niesamowitej pracy. Nie zostało im dużo czasu na wodospady i atrakcje okolic Itajai, ale za to pod czujnym okiem kapibar powstała zupełnie nowa, piękna, jasna i przestrzenna rufa. No i Narnia wygląda jak miejsce z zupełnie innej niż poprzedniom bajki.

Do tego doszło oczywiście tysiąc przewidzianych i nieprzewidzianych drobiazgów. Czas przed wypłynięciem był więc gęsty, usiany zmienną pogodą, ale też uroczym towarzystwem Kat z Icebird’a i Brisa z Podorange. Itajai zrobiło się przystanią antarktycznych żeglarzy i wszyscy żegnaliśmy się ze śmiechem umawiając się na lipiec. Tymczasem czując pośpiech na plecach ale też nie wiedząc w co ręce włożyć, jak to zawsze jest na końcu każdego, jachtowego, remontu przełożyliśmy nasze wypłynięcie na piątek 07.09. Tak. W piątek się nie wypływa. Chyba, że się człowiek śpieszy. A wiadomo co się wtedy wydarza./ Rzeczywistość oczywiście zweryfikowała nasz pośpiech i drobna usterka spowodowała, że minęliśmy wysoką wodę, a w Itajai jest płytko, i jednak wypłynęliśmy w sobotę. Artur, zawodowy operator podwodny i nurek, zszedł pod Selmę i pomógł wszystko poskładać od spodu w zupełnie nieprzejrzystej wodzie, którą rzeka wnosi do mariny. Żeglarskie przesądy, jakkolwiek raczymy je bagatelizować jako ludzie światli i nie wierzący w zabobony, w uroczy sposób i za każdym razem nam o sobie przypominają.

Sobota minęła nam już zupełne gładko. W słoneczne popołudnie obraliśmy kurs na południe, mijając nieprzebrane zastępy rybaków. Pierwsza doba była zaskakująco łagodna - po prostu nie wiało. Od kolejnej już zaczęliśmy nadrabiać. Selma, jak to Selma - pod pełnymi żaglami prowadzi się świetnie i z niewielkiego wiatru zmieniliśmy prędkości z 4 na 7 - 8, a nawet czasem 10 węzłów. Wystarczy jej nie przeszkadzać i wszystko wtedy przebiega jak najlepiej.

Życie jachtowe układa się spokojnie i komfortowo - Jurek wypolerował wszystkie szyby w nadbudówce, poprawiliśmy trochę drobnych rzeczy, a tak na co dzień cieszymy się słońcem i lekkim wiatrem wyjących pięćdziesiątek. Przypomniały nam o sobie ostatniej nocy, kiedy wiatr zmusił nas do refowania grota i zmiany przedniego żagla. Tylko po to, żeby parę chwil później, ledwo po tym jak zdążyliśmy odsapnąć, wrócić do pierwotnego zestawu.

Co noc za to przypływają delfiny, czasem płetwami machnie foka, ptaki badawczo się nam przyglądają, a my płyniemy w kierunku Argentyny i wielorybów, rozmawiając, jedząc i czytając. Jeżeli szukacie książki na jesień, to sięgnijcie po Barbarian Days: A Surfing Life - Williama Finnegana - o jego dorastaniu na Hawajach, surfingu i wielu innych. Fantastyczny opis świata którego już nie ma i miłości do oceanu. A jeżeli wolicie coś bardziej związanego z jachtami, to jest nieoceniony John Kretschmer i np. Flirting with Mermaids,

Tymczasem wracamy do relaksu. Niepokojącego wręcz w porównaniu z ostatnim pływaniem, więc podchodzę do niego ostrożnie, choć z nieskrywaną radością. W końcu zmierzamy w kierunku lata południowej półkuli na ukochanym jachcie.

Uściski od całej załogi:
Mat (skipper), Jurek, Marta, Mat (nie skipper), Adam i Artur.



.
2018-09-08
Itajai
Czas w Itajai minął jak z bicza trzasł - czy jakoś tak. Nie było lekko - co tu gadać. Kawał roboty udało nam się zrobić, a reszta rzeczy do odnowienia - jak kambuz /czyli kuchnia/ czy nawigacyjna zostaje na przyszły rok - trudno. Rufę nieco zmieniliśmy. No właściwie wygląda jak nowa - nie, ona po porostu jest nowa :). Koje zwężone, w dwóch kabinkach na burtach fajne i poręczne szafeczki, zlikwidowaliśmy jaskółki, w Narni jest więcej miejsca, są nowe drzwi, a zlew ma piękną obudowę, - hand maid by Jurek. Ostatnie dwie kabinki doczekały się w końcu ściany i drzwi. Obawialiśmy się bardzo czy nie będzie za ciasno, ale wyszło wszystko dobrze, a kabinki są przytulne i ma się więcej prywatności. Tak na prawdę lista rzeczy zrobionych jest baardzo długa - ale nazwijmy to drobiazgami. Pontony po totalnej renowacji, żagle zszyte, rdza wyczyszczona gdzie tylko się dało, podmalowania i czyszczenia nie było końca.

Na początku września przyjechał nasz skipper Mateusz razem z Arturem. To miła odmiana i w samą porę. Końcówka jak zawsze jest trudna i stresująca - więc przybyli nam z odsieczą. Na sam koniec, jak zawsze, wyskakują niespodzianki więc dobrze, że nie walczyliśmy z tym sami.
Teraz czas na sprawdzenie czy wszystko działa. Czekamy na wysoką wodę, tankujemy i ruszamy na dół, do Ushuaia. Czas już.

Pozdrawiamy serdecznie
Mateusz Skipper :), Artur, Adam, Jurek, Mateusz - NieSkipper i Marta



Skipper Mateusz :), w tle: sprawdzamy kamizelki. w drugim tle: jesteśmy w drodze do ładu i składu.



Powoli zamieniamy się ponownie w Selmę. Żółciutki namiot zniknął, za chwilę nie było też i naszego stołu /mojej dumy/.



Na Artura padły prace podwodne. Dobrze, że mamy zawodowego nurka w załodze.



Ostatnia noc w Itajai.



.
2018-08-29
ItajaiW Itajai robota gotuje nam się w rękach. Rufy nie poznacie, Narni też. Kto był ten wie o czym mowa, kto nie był to tylko powiem, że nazwa Narnia jest jak najbardziej adekwatna do sytuacji, w której znajduje się osobnik udający się do toalety. Nie każda bowiem toaleta zrobiona jest w starej szafie.

fot. MG



Selma - Gipsy boat :)



Jurek dzielnie walczy.



Jak wam się podoba nasz namiot? To wszystko czeka na zagruntowanie i malowanie.



Na dole. Porządek po szychcie.



Poproszono żebyśmy się przestawili na inne miejsce. Oficjalny powód - miescówka potrzeba dla kogoś innego... Nasz przyjaciel Brice z sąsiedniej łódki Podorange, która także pływa na Antarktydę, zgodził się kapitanować podczas tego manewru :)



Nasz sąsiad.











Dwa tygodnie temu. Zasłużony odpoczynek.



Test pontonu po renowacji i silnika. Niedzielna wycieczka na sąsiednią plażę.



.